choco

Siła przyzwyczajeń jest porażająco wielka i trudno kategorycznie pozbyć się starych nawyków tudzież upodobań z którymi było się do niedawna w tak bliskich relacjach. Tak, więc stoję sobie dzisiaj w czekoladziarni, zerkam z bezpiecznej odległości na szatańsko ujmujące pralinki, trufle i czekoladki, przyprawione szczyptą ryzyka. Niby nic skomplikowanego, stoimy i patrzymy się na siebie, ale z doświadczenia wiem, że wystarczy przez chwilę pomyśleć „gdyby tak przygarnąć tą i tamtą” i katastrofa murowana. No więc stoję tam i gapię się w te szybki, jakbym za chwilę miała w nich ujrzeć przyszłość. Nagle uzmysławiam sobie, że silną wolę zostawiłam dwa sklepy wcześniej, więc darowałam sobie wszelkie ograniczenia i ze stoickim spokojem zaczęłam wyliczać, które czekoladowe maleństwa poprawią nam dzisiaj humor.

Fatherek: A więc, które czekoladki są do wzięcia?

Po czym przemawiam do niego słowiczym głosem, prezentując zawartość nadzienia poszczególnych rarytasów, mając jednocześnie nadzieję na sprawienie przyjemności tym wybrednym kubkom smakowym.

J.: I jak Ci smakuje?

Fatherek: nooo, jak trufla
J.: ....
Fatherek: jak mała trufla.

Doprawdy, dzisiejszy dzień zachwiał moją, wydawać by się mogło, głęboką wiarą w to, że mężczyźni tego świata delektują się czekoladą z równą precyzją co płeć piękna. I za prawdę powiadam wam, robienie dobrych uczynków nie popłaca.

on-line

Weekendowe lenistwo opanowało mnie tak potężne i dosadnie, że jeszcze dzień dłużej i spadnie na mnie ogrom gratulacji i orderów za zwleczenie się z łóżka. I gdyby jeszcze moje cztery łapy mobilizowały do wzmożonej aktywności, a tu masz ci babo placek - chrapią, sapią i ani myślą o wyrwaniu się z domowych pieleszy. Wracajcie tu do mnie natychmiast moje siły witalne, bo nie lubię jak mi się nie chce!




how to bake

Powszechnie wiadomo, że wybitnym kucharzem i piekarzem to ja nie jestem, co najwyżej amator z przypadku, dlatego gotuje w ostateczności, kiedy nikt inny nie chce. Dodatkowo łudzę się skrycie, że żywić się zacznę miłością lub chociaż powietrzem (na poznanie światowej klasy kucharza, który zapragnie za darmo mi dogadzać to chyba trochę za późno)

M: proszę o przepis na ciacho z dyni

skrzętnie się więc rozpisuję, aby wszystko było jasne, klarowne i żebym przy okazji niczego nie poplątała i wiedźminki nie otruła

M: może to głupie pytanie ale jak ja mam zrobić puree z dyni? Trudniejszego przepisu nie miałaś?
J: miałam, ale chyba je trochę zmodyfikuję
M: a te muffinki? Tylko tym razem pamiętaj, że pionierem w kuchni nie jestem
J: chcesz te marchwiowe czy czekoladowe?
M: ja bym wolała przepis z warzyw
J: .....

po chwili zwątpienia czy aby na pewno mogę wedle własnych potrzeb klasyfikować marchew jako warzywo (wszak, prawo unijne nie zbiega się z naszym rodzimym) rozpisuję na nowo swoje bery i bojdy w ramach wspomnianych wcześniej muffinek.

M: to ja już sobie tosta pójdę zrobić

W korcu maku się dobrały....


cooking

Ludu pracujący Afryki, jak mi się nie chce! Na samą myśl mi się nie chce i nie sądzę żeby w najbliższych dniach sytuacja ta miała ulec zmianie. Co najwyżej nie będzie mi się chciało do kwadratu. I doprawdy nie wiem jak pichcenie, pieczenie, pranie i sprzątanie miałoby mnie zmobilizować do pracy, ale w przypływie euforii postanowiłam zrobić marchwiowe muffinki, a dokładniej to cały ich batalion. I tak się tylko teraz zastanawiam kto to zje ?!

Nie pozostaje mi nic innego jak zamieścić ogłoszenie : głodnych nakarmię!

P.S. Jakby ktoś przypadkiem spotkał wałęsającą się, głodną armię to proszę pokierować ich na północ mego miasta.