postanowienia

Na chwile obecną myśl o sylwestrowym wieczorze wywołuje u mnie ciarki na plecach, niemy szok i niemoc wszechwładną. No bo czym uraczyć współświętujących? Zapewne krakersy i herbata nie uszczęśliwi zbytnio towarzystwa, a kreatywność odnośnie menu prysła w okolicach przedwigilijnych. Z kolei do sklepu żadna siła mnie nie zaciągnie. Pozostaje mi przyjrzeć się z bliska księdze czarów i wróżb, może uda się znaleźć zaklęcie "stoliczku nakryj się".

Pozostaje jeszcze jedna kwestia do ogarnięcia - lista postanowień. Banalne i pewnie niepraktyczne, bo zapomina się o niej równie szybko jak o zeszłorocznym śniegu, ale wiara czyni cuda, a ja wierzę, że się uda. 





                                                                                               

words

Dzwonek telefonu. Spragniona ludzkiej mowy odbieram. Słysze entuzjastyczny głos mężczyzny, który rzecze: dzień dobry, nazywam się tak i tak, reprezentuję firmę taką i taką, dzwonię w sprawie otrzymanego zapytania o ofertę chłodziarek do mięsa.

J.: yyyyy (z wrażenia aż zapomniałam języka w gębie)
Rozmówca: czy rozmiar miałby być standardowy czy raczej pod produkcję?
J.: problem w tym, że ja nie potrzebuję chłodziarki do mięsa (wszak moja zamrażalka w zupełności mi wystarcza)
Rozmówca: yyy no tak, ale nasza firma wprowadziła na rynek wiele nowatorskich rozwiązań...
J.: nie wątpię, ale powtarzam Panu, że to jakaś pomyłka
Rozmówca: kiedy w otrzymanym mailu miałem podany Pani numer telefonu. Proszę się zastanowić, nasza oferta jest najlepsza na rynku.

Milczymy sobie przez chwilkę, ja myślę, że on głupi jakiś, on pewnie, że i ja niezbyt mądra. Zegar tyka, a tutaj nic się nie dzieje. Do końca świata będzie mi zapewne oferować tą chłodziarkę.

J.: to nieistotne, tłumaczę Panu, że nie mogłam wysłać takiego zapytania - przynajmniej świadomie.

Chyba się podłamał z rana. Trochę mi się go szkoda zrobiło.
Nie chciałby ktoś kupić chłodziarkę gastronomiczną ?

                                                                                                        
                                                                                                       

ex

Swego czasu, cierpiąc na wyraźne zaburzenia emocjonalnie, za sprawą niejakiego pana x doszłam do wniosku, że najwyraźniej nie dość, że głucha to jeszcze ślepa ze mnie istota. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że zamiast kopnąć go w najmniej szlachetną część ciała, raz a porządnie, z uporem maniaka wierzyłam, że:
a) on się zmieni (na dłużej niż dwa dni)
b) wsparcie i zaufanie straci miano fundamentu związku
c) będziemy żyli długo i szczęśliwie.

Problem w tym, że trudno żyć długo i szczęśliwie z kimś, kto w ramach urozmaicenia sobie życia sprawdza między innymi twoje granice wytrzymałości, po czym wmawia ci, że to w dobrych intencjach było. A ty kobieto za grosz humoru i dystansu do siebie nie masz - a przynajmniej nie wystarczająco dużo i nie na tyle na ile on by chciał. Ze zgrozą muszę przyznać, że nie od razu go po tym rzuciłam. Definitywnie pozbyłam się go ze swojego życia zupełnym przypadkiem. A dokładniej za sprawą nagłego olśnienia: cholera! stać mnie na kogoś lepszego! Niemniej jednak przez okres trwania tego jakże toksycznego związku byłam permanentnie nieszczęśliwa i na dodatek z niepohamowaną gracją, uważałam ten stan za normalny. W tym miejscu chciałabym podziękować siłom nadprzyrodzonym za przywrócenie mi rozumu oraz znajomym za nie zamordowanie mnie, w celu oszczędzenia światu użerania się z taką zaślepioną kretynką:-)