wish you..

Mówi się, że zwykle człowiek życzy drugiemu tego, czego sam pragnie (oprócz oczywiście przypadków, w której życzy temu drugiemu żeby go #*&%^ oraz &^%!#&).

Takoż chciałabym życzyć w te święta spokoju i miłości, takiej PRAWDZIWEJ.

Kto nie wie, co to prawdziwa miłość, niech usiądzie wygodnie przed kominkiem lub po prostu pod kocykiem na kanapie i przytuli do siebie szczeniaka. To uczucie, które nas wtedy ogarnie, jest właśnie tym, co się czuje cały czas, kiedy ta prawdziwa miłość nas dopadnie i zostanie mimo, iż to dorosłe psisko już szczeniakiem nie jest. 

Oraz chciałabym życzyć wszystkim WYSPANIA SIĘ. To już ewidentnie projekcja moich marzeń.



xmas

Dzień zaczął się bardzo dobrze.
To znaczy - wylałam kawę, ale spoko - na podłogę. A nie, jak trzy dni wcześniej na siebie i klawiaturę. Bardzo porządna te klawiatury HP tak na marginesie. Wytrząsam z niej, co się da, przecieram serwetką i wszystko gra.

I tak sobie siedzę w tej pracy, gdzie niemal nikogo już nie ma. Podłoga mi pięknie świątecznie kawą pachnie - jest cudnie. Zostaje powypisywać na żółtych karteczkach logistykę ostatnich zakupów. Boszzz jak wyglądałoby ludzkie życie bez tych żółtych karteczek? Bez karteczek i nalepek do sedesu, jak ostatnio ustaliłyśmy. Nawet nie chce myśleć na ten temat.

Tegoroczne święta są znośne, zwłaszcza od momentu, gdy wiem, że mam już kupione i popakowane prezenty. Poczucie bezpieczeństwa, że nie trzeba biegać za kolejnymi łupami buduje spokojniejszą atmosferę. Oczywiście Włóczykij może powiedzieć niemal to samo.  Kojarzycie scene z "Love actually", jak w centrum handlowym Emma mówi "zajmij się czymś przez 10 minut, a ja załatwię prezenty dla naszych matek"? To ja też jestem takim aniołem. Najszybciej idzie mi jednak z prezentami dla czworonogów. Zawsze doceniają świąteczne podarki. Co kupiłyście swoim? Obiecuje, że nie wygadam!

Wczoraj oglądaliśmy chyba z 4 odcinki Homeland. Dopiero pierwsze odcinki, pierwszego sezonu, ale wiecie co? CHYBA WPADŁAM NA TROP. Zobaczycie, że okaże się, że z Saulem jest coś nie tak. Obawiam się tylko, że Carrie skończy w jakimś wariatkowie.

A choinki w tym roku mamy naprawdę ekstremalne.



sth

Kupiłam przyrząd do krojenia jajek na twardo w plastry. Jestem zachwycona. 
Z jednej strony nie wiem czemu tyle lat czekałam, aby nabyć to narzędzie. Z drugiej częściowo wiem...mam lekki opór przez zakupami do czegokolwiek do kuchni, bo istnieje dużo ryzyko, że postoi i pokurzy się. Dodatkowo zalega w szafce i zabiera miejsce, tudzież spada na ręce jak się szuka oliwy z oliwek. Przykłady: maszynka do gofrów, parowar, blender czy jakieś bliżej nie określone podkładki bambusowe. Za to jajka mam pokrojone zawodowo. A jaka jest pierwotna satysfakcja, gdy człowiek opuszcza wielostrunową gilotynę.

Małe śliczne ptaszki na moim balkonie z takim wdziękiem i entuzjazmem rozrywają kawał słoniny. Dziobki małe, ale krzepe mają. Od razu wizualizuje sobie Hitchcockowskie sceny.

* * *

Kto ma dobry przepis na polewę czekoladową, taką old-fashioned, gotowaną w rondelku, z kakao? (Żadne tam rozpuszczane czekolady, to nie ten smak).





clean

Swego czasu odkryłam stemple do toalety i od tamtej pory, jak robię zakupy chemii gospodarczej to mam poczucie, że przysłoniły mi one cały świat. Żelowe paski, naklejki, stempelki w różnych kolorach i aplikowane za pomocą różnych urządzeń. Obecnie sprzątanie łazienki to niejako zadanie Włóczykija, ale przypomniałam sobie, jakie pokłady entuzjazmu we mnie gościły, gdy postanowiłam korzystać z tych wynalazków.

Mycie toalety, nigdy nie sprawiało mi przyjemności. Nie mniej jednak na początku biegałam odwiedzać stemple dość regularnie. Ostatnim razem byłam tak podekscytowana, kiedy płyn do czyszczenia ceramiki zmienił kolor w zetknięciu z wodą, albo gdy kiedyś wybuchły mi granulki do przetykania rur. 

Mam dziwne wrażenie, że podniecają mnie dość proste rzeczy: drukarka do etykietek, odkurzacz samochodowy, łyżka z wbudowaną wagą...Czym byłoby również moje życie, gdyby nie chemia gospodarcza?   

A na koniec zagadka: jak myślicie, jak skończy się wypowiedź mężczyzny (hipotetycznego, naturalnie) do swojej kobiety "pora ograniczyć konsumpcjonizm" ?




Miasto kłamstw

Nikt nie jest jednoznacznie dobry, ani zły. Nic nie jest czarno-białe - zarówno na poziomie zwykłych jednostek, jak i ogólnokrajowym. Niby błahe, ale przykład Iranu dobitnie to pokazuje.


at work

G.: …i taki prześmiewczy kawał opowiedział! Słuchajcie: facet złapał złotą rybkę, a rybka mu oczywiście, że wypuść, a ona trzy życzenia. Facet na to, ze on nic nie potrzebuje. Rybka się targuje: A domu nie chcesz?… a pieniądze?… No wymyśl coś, ja naprawdę dla Ciebie wszystko! Facet podrapał się po głowie i mówi – dobra, to ja chcę, żeby było tak, że mam orgazm jednocześnie z moja żoną! Rybka na to – dobra, załatwione! I słuchaj, facet zanim dopłynął do brzegu, to miał dwa orgazmy!
J.: dopłynął do brzegu? Nie mówiłeś, że on gdzieś płynął.
G.: No, wypłynął przecież na jezioro! A jak się według Ciebie ryby łapie?
J.: Mówiłeś, że złapał rybę, a ryby można łapać z brzegu. Nie trzeba od razu wypływać. Sama widziałam. A tak jak opowiedziałeś to nie ma sensu.
G.: jesoooo… No to dobrze – W DRODZE DO DOMU miał dwa orgazmy.
J.: Spaliłeś już puentę. I nie bardzo wychodzi Ci opowiadanie dowcipów.
G.: Czy ty musisz być taka safanduła?

KTO?! ŻE NIBY JA?!

A co robicie w sylwestra? Mi Szklarska wypada w tym roku. No raz człowiekowi wypada plomba, raz fleczek, a raz Szklarska Poręba. Jeszcze do niedawna miał być Ciechocinek...<nie pytajcie>



Mr.

Robiłyśmy w pracy porządki. Jakoś tak nie było chwilowo nic ciekawszego do roboty. Mamy taki sekretarzyk, co to służy nam za spiżarkę. Jest mała, czteroszufladowa, więc pomyślałam, że pójdzie szybko. Znalazłam pudełko muesli. Nie wiem czyje. Nikt się nie przyznaje i nikt nie pamięta. Przyczajone było w rogu szafki, teoretycznie szczelnie zamknięte. Zaglądam.., a tak wszystkie sezony "Było sobie życie". Egzorcyzmy odprawiłam, roztoczyłam współpracownicom czarną wizję cholery, jaka nad nami wizji i zdecydowałam oddać część wysypanych płatków gołębiom, co to nam gruchają tak radośnie w ciągu dnia. Kto, jak kto, ale one mogą przestudiować stadium rozwoju owada.

Z serii przypominajki
On.: czemu mi się tak przyglądasz?
Ona.: bo jesteś wyjątkowy?
On.: jak trufla?
Ona.: istny rarytas
On.: jestem pomarszczony i chcą mnie głównie świnie?

No i jak tu takiemu prawić komplementy?

Przedstawiam również naszą twórczą wersję prototypu mężczyzny idealnego. Zwróćcie uwagę na jego duże usta i ręce..tudzież rękawice do sprzątania.


economy

Dałam drugą szansę moim botkom. Trzeba dawać drugie szanse, oprócz facetom, którzy nas zdradzili. Nie powiem, żeby było jakoś dużo lepiej - z butami. Jak chodzę to bolą mnie owszem stopi i pięta, ale jak już siedzę to głowa. Interesting...

Ale nie o tym miało być, a o lekturze. Ekonomia miłości. Szczęście w związku a zmywanie naczyń. Tą pozycję wręcz pochłonęłam. Włóczykijowi idzie nieco gorzej. Zatrzymał się na rozdziale z seksem i liczy chyba, że tyle wystarczy. Niechby mój facet był najukochańszy na świecie i motylki wylatywały mi nosem, to niestety naczynia się same nie umyją. Natomiast fakt, że boli mnie głowa, czy jestem przed okresem, nijak ma się do naszego - stwierdzonego - syndromu męczennicy i sprzątania mieszkania, do upadłego. Ochota na seks jako krzywa podaży i popytu? Przejrzystość rynku, a problemy z komunikacją? Teoria przewagi komparatywnej jako środek na podział obowiązków? Nie żebym ukończyła rachunkowość i finanse, co to, to nie. Książka nie jest naukowo opętana, ani nie jest po aramejsku, więc na luzie możecie się za nią brać.



Oooo i tutaj idealnie wpasuje się przerywnik kulturalny, napotkany ostatnio w prasie

Radio Wawa, audycja on-air:
- Nazywam się Waldek. Chciałem Was prosić, żebyście puścili dla mojej żony która właśnie się ze mną rozwiodła jakąś piosenkę na pożegnanie.
- Przykro nam z tego powodu, jaka to ma być piosenka?
- Nie za często słucham radia więc nie bardzo się orientuję w dzisiejszych wykonawcach. Dobrze byłoby, żeby w tekście znalazły się słowa w rodzaju „a idź w pizdu głupia s*** razem ze swoją pierdolniętą mamusią”.











let it snow

Sen miałam kosmicznie straszny ("Obcy ostatnie starcie" to przy moich Pszczółka Maja), ale najgorsza to już była pobudka. Zdrętwiała mi ręka, serce walki po tej nocnej masakrze. Oho - myślę - będę miała zawał. Czytałam gdzieś, że tak to się objawia. No to leże i czekam. Czekam, czekam, głównie na to, aż Włóczykij się zorientuje, że nie wstaje. I nic. To wstałam.

Wyszłam na dwór, a tam jeszcze gorzej. Wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. No śnieg padał. Pojedyncze płateczki, ale niezaprzeczalnie. #%#^$&.Ja wiem, myślicie sobie pewnie " a co ona się tak dziwi?". Nie wiem, jakoś tak chyba miałam cichą nadzieję, że tegoroczna zima pójdzie bokiem. A do tego robię plik w folderze "grudzień". Co to kurde ma znaczyć? Dopiero co styczeń był. Gdzie ten rok się podział? I gdzie ja wtedy byłam?! Aczkolwiek wydaje mi się, że wiem gdzie ten rok jest. Rok temu zamieszkałam z Włóczykijem. Obiady, więc zaczęłam gotować, bo żywić się jogurtami to już nie wypada. Gdybym zmierzyła obwód siebie dziś i sprzed dwunastu miesięcy i wykonała proste działanie matematyczne to ON BY TAM BYŁ. TEN ROK. CHOLERA.

No nie wiem, mnie tam dzisiaj należy obchodzić po okręgu, bo moje iczingi z fengszujami nie są kompatybilne i mogę być w efekcie nieprzyjemna.



memo



W ostatnich dniach dowiedziałam się dwóch rzeczy, że a) dobrze byłoby posiadać taki przycisk w mózgu tzw. napadowy uruchamiający pamięć mechaniczną  b) mój piesek jest w żywieniu mądrzejszy ode mnie.

Z tą pamięcią to jest tak, że jeśli z kimś rozmawiam to robię szybki przerywnik (często nie na temat) słowami „czekaj, czekaj, bo muszę Ci coś powiedzieć”. Inaczej zapomnę.  Jeśli już coś sobie przypomnę albo wymyślę to muszę to natychmiast uzewnętrznić, ewentualnie zapisać. W przeciwnym wypadku ta wiedza  przepadnie. Chociaż myślę tak teraz, że z tym zapisywaniem to też mam problem. Nawet jak zapiszę to istnieje groźba, że zapomnę, gdzie to zapisałam lub, że w ogóle coś notowałam. Włóczykijowi wiecznie coś chowam – nazywam to „misja sprzątanie” – problem w tym, że nikt nigdy nie wie, gdzie to jest. Podobno wiewiórki mają podobnie, jak zaczynają chować orzechy na zimę. Kochane stworzenia. 

Takim sposobem zostałam oskarżona ostatnio o schowanie zimowych ubrań, zapewne w otchłani piekieł, bo słowo daje...NIGDZIE TEGO NIE MA. No mówiłam..przepada. Powinnam mieć chyba na tę moją dolegliwość, jakie zaświadczenie lekarskie. Jest to ważne, bo gdybym szła na jakiś ślub to ksiądz winien mówić „kto zna powód dla którego małżeństwo nie może być zawarte, niech powie teraz lub zamilknie na wieki. Za wyjątkiem Pani z tyłu, która ma przycisk napadowy z pamięcią mechaniczną". Gorzej by było, gdyby mi się coś istotnego przypomniało pod koniec wesela, albo po drugim potomku młodych. Aczkolwiek tutaj jest szansa, że już się sobą nacieszyli dostatecznie mocno.

Co do mojego bardzo gourmet pieska to okazało się, że po boleściach żołądkowych odmawia pysznego jedzonka, na rzecz suchych wafli. I tylko wafli. Bez dodatków, serków czy psich przekąsek. Muszę zabrać ją do restauracji i zamówić: Dla pieska będzie suchy wafel z pestkami dyni. Dla mnie wszystko jedno.

Drugi z kolei nawet jeśli źle się czuje to na widok wszystkiego co i można zjeść dostaje OCZU. Chyba wszyscy wiemy, co oznacza, gdy pies zamienia się nagle w PARĘ OCZU, jak tylko pojawia się jakiś smakowity kąsek. 

Ale ten mróz to jakieś jaja są. Pożartowaliśmy sobie, było śmiesznie, a teraz ma być plus dziesięć.


sushi

Gejsze to dość popularny temat. Najpierw film "Wyznania gejszy", a potem to już nawyrastało ich w księgarniach, jak pieczarek. Całkiem, jak kiedyś z Bridget Jones. Wprawdzie oglądałam i czytałam te wyznania, ale ostatnio natrafiłam na kilka fajnych reportaży, że to już nie to samo co kiedyś. Gejsze się ponoć zdewaluowały, odkąd japońska mafia życzy sobie serwować sushi na ich gołych ciałach.Ponoć gejsze są nadal w modzie, chociaż teraz bardziej jako skansen.

Czy fucha takiej gejszy to rzeczywiście coś złego? Mówi się o sporych wyrzeczeniach i wielkiego poświecenia dla kariery gejszy, która kosztuje japońską dziewczynkę niemal całe dzieciństwo. Trzeba przecież wdrażać origami, szarpać struny i jeść sashimi w taki sposób, aby nie dotknąć rybą pomalowanych ust. Tylko czy nade mną ktoś się lituje, że najpierw przez sześć lat popylałam do podstawówki, a po lekcjach do muzycznej, ażeby później ścieżka edukacyjna rozwinęła się jeszcze huczniej?

Wyobrażam sobie, że wstaje rano, aby trzy dziewki służebne owijały mnie po kolei w koszule, kimono i obi. Następnie przyodzieją mą głowę w kok. Później - seans lektury i zielonej herbaty. Następnie Włóczykij wracałby z pracy, a ja witałaby go w progu głębokim ukłonem i czarką sake. Drepcząc na koturnach, prowadziłabym go do salonu, gdzie zasiadalibyśmy do kolacji (przygotowaną przez kucharkę, bo przecież gejsze NIE GOTUJĄ). W ramach rozrywki mogłabym złożyć ptaszka origami, albo wyrecytować haiku, przygrywając na cytrze. Według woli mogłabym też zatańczyć z wachlarzem. Nawet z dwoma. Po kolacji partyjka mahjonga. Mogę pograć nawet sama ze sobą, jeśli Włóczykij zechce oglądać jakieś Tokio Drift czy inne harakiri. 

Musiałabym się tylko jednak podszkolić z tego origami, bo  na razie to ja umiem tylko czapeczkę zrobić lub niebo-piekło.


Smacznego:-)


the lunchbox

Kino wyjątkowo kameralne, nasączone rodzimą kulturą i pozbawione typowo bollywoodzkiego tańca i śpiewu. Losy bohaterów emanują samotnością i brakiem ogólnie pojętego szczęścia. A mimo to warto obejrzeć, jako remedium na zimową chandrę.


dream

Jak sobie pomyślę, że przed nami grudzień z ewentualnym śniegiem, ślizgawicą, mrozem i ubywającymi pieniędzmi na skutek świąt i urodzin wszelakich to mi się chce wyć i jeść tynk ze ściany. LUDZIE, PÓŁ ROKU ZIMY. 

Widziałam ostatnio mądre zdanie, którego będę się trzymać "ja nie narzekam. Ja się pozbywam negatywnych myśli przez usta". A wiadomym jest, że o higienę psychiki należy dbać!

Codziennie, zadaję sobie pytanie: DLACZEGO?!
Dlaczego my jeszcze nie mieszkamy na Kanarach czy Malediwach. On chodziłby do pracy w oczyszczalni ścieków, a ja miałabym zmianę przedpołudniową w barze na plaży. Cały rok w japonkach i szortach. Po obiedzie kąpiel w ocenie i wino. A kilka razy w roku udział w rytualnym wypuszczaniu nowo wyklutych żółwi do wód oceanu. Fakt, faktem chałupę trzeba byłoby kupić większą, żeby mieli gdzie spać rodacy, którzy by nas odwiedzali. Przywoziliby dodatkowo kiszone ogórki no i może śledzie. Och pięknie by było.














something about the horoscope

Ktoś powinien zorganizować konkurs na najbardziej idiotyczny horoskop. 
Oto mój dzisiejszy:

"Skusi Cię niebywale atrakcyjna cena, kupisz coś, o czym od dawna marzysz. Nie żałuj tego kroku, bo zakup w przyszłości bardzo się sprawdzi. Nie możesz pokazywać jednak tego w środowisku zawodowych, on nie tylko wzbudzi zazdrość, ale może też pozbawić możliwości awansu".

Kto im to do licha pisze?! 
Siedzę teraz jak głupia i zachodzę w głowę, CO TO MOŻE BYĆ?! Atrakcyjna cena, ale nie mogę pokazać tego w pracy, za to sprawdzi się w przyszłości...lateksowy kostium niegrzecznej pielęgniarki?!

A teraz konstruktywna krytyka: oczywiście, wiem, że czytanie horoskopów to jeszcze większy idiotyzm, ale redakcja Gazety, mogłaby popracować nad interpunkcją.

A w ramach doła klimatycznego to do fryzjera poszłam. Włosy miałam już za długie i nie wytrzymałam napięcia. Jak je rozpuszczałam to czułam się jak Danuśka więziona przez Krzyżaków. Myślę, że mogła mieć coś podobnego do mnie po tych paru miesiącach spędzonych w piwnicy.

Polecam też ekowegowe przekąski. Hummus wbrew pozorom nie smakuje wcale jak gips i każdy - nawet z najbardziej skorumpowanym podniebieniem - powinien znaleźć odpowiedni rodzaj dla siebie. Za prawdę powiadam Wam!













s.

I co tu robić w taką pogodę?




Spać. Po prostu.


books

Od jakiegoś czasu tak się na tym świecie zrobiło, że wszyscy książki piszą. Ma chwilę wolnego czasu - a, to sobie usiądzie i coś napisze. Czasem nie bardzo jest nawet o czym pisać, ale nie szkodzi. Zna alfabet, włączy sobie sprawdzanie pisowni w wordzie i jakoś to pójdzie. 

Moje pytanie tylko brzmi: kto ma te wszystkie książki czytać, jak je tak namiętnie produkują?? No bo chyba nie ja? Przecież to motywacje trzeba mieć. A jak tu ją mieć, gdy się widzi czterysta piątą pozycję opatrzoną nagłówkiem Młodsza/Polska/Hiszpańska/Starsza Bridget Jones, przy następnym z serii tomiku "zebranych felietonów", co to autor publikował milion lat temu do jakiś szmatławców, żeby mieć na piwo. Widząc w księgarni pozycję cichopkowej pt. "sexy mama" to już całkowicie nadziei się wyzbyłam. Skoro WSZYSCY wydają - to się zadzwoni w rodzinne strony, gdzie mama lub babcia skrzętnie wycinała i wklejała do albumu wczesne objawy geniuszu dziecka swego. Zeskanuje się, da okładkę z jakimś symbolem nieskończoności i pójdzie jak woda. Ludzie przecież wszystko łykną, tak?


No, chyba tak. Skoro całe serie się już robią, bo - powiedzmy - zaśpiewa taki piosenkę i napiszę sobie przy finale książkę "Jak zaśpiewałem piosenkę". Dwa tygodnie później, pojawia się kolejne dzieło, jakże poczytnego autora "Jak napisałeś swoją pierwszą książkę o śpiewaniu piosenki".

Smutno mi, bo tyle tych książek drukują, a kurde nie ma co czytać!


PS. na szczęście mam coś jeszcze w zanadrzu:-)



PS.2. Polecacie jakieś książki? Co ostatnio przeczytałyście?








the fifth estate

Na ile wszechogarniająca jawność oraz wolność słowa jest bezpieczna?
Zdecydowanie dla fanów thrillerów politycznych.





Wałęsa. Człowiek z nadziei

Wart zobaczenia, ale czy rzecziwiście wart pokazania? Jak w ciągu niespełna dwóch godzin zmieścić dwadzieścia lat PRL-u? Stworzony w dobrej wierze. Pozbawiony kronikarskiego przesłania, a czuć ducha pewnej epoki.


time (less)

Byłam przed pracą kupić wafle ryżowe w pobliskim sklepie i przed nim truptała w kółko jakaś babeczka. Obchodziła niewielki skwerek, rozmawiając przez telefon i miaucząc jak to nie ma na nic czasu i jest zwyczajnie zmęczona. No dobra. Takie życie. Weszłam do sklepu, który jest po niedawnym remoncie i zanim namierzyłam prawidłową półkę to trochę mi zeszło. Do kasy też się naczekałam, bowiem o poranku wszyscy odprawiają pielgrzymkę z mlekiem, kawą i bułeczkami. Można liczyć, że z kwadrans mi zszedł. Wychodzę, a ta kobitka dalej krąży wokół skwerka w jednym kierunku i gada z przyspawanym do ucha telefonem, jak to z niczym nie może zdążyć.   

No jak ta kobieta ma gdziekolwiek zdążyć, jak jedna rozmowa zajmuje jej tyle czasu?

Ja rozumiem, że są rozmowy, które wymagają więcej czasu - rozmowa z weterynarzem czy bankiem któremu podać należy wszystkie numery podwozia. Jednak, jak długo można napierniczać przez telefon o tym, jak to Ci źle. Jajko można znieść i ozdobić je na wzór kraszanki łowickiej po pięciu minutach. Nie znoszę, gdy ktoś wymusza na mnie do takich rozmów, gdzie zaczynam z wrażenia myć podłogi czy wycierać kurze.  Najlepsze jest jednak to gęganie, jak to ona w wiecznym niedoczasie. No litości, kobieto zrobiłaś co najmniej czterdzieści kółeczek dookoła skwerku.

A jeśli szła do pracy na ósmą to bankowo się spóźniła bo było za pięć.


august: osage county

Wszystko to, co zamiecione pod dywan przed laty, wyłazi i nie pozwala ani  na chwilę o sobie zapomnieć. Niedomówienia, cynizm przeplatane wsparciem i troską. Gorzko-słodki obraz rodzinnego piekiełka którego nikt nie chce, ale jednocześnie jest często jego częścią.


while

Zamarzłam, bo byłam w stolicy. Czy to nie trochę oczywiste?
Jesień i zima mają to do siebie, że siadając w kawiarniach można rozkoszować się grzańcami. Dwa grzane wina i człowiek jest najedzony po sam korek. Korzyści płynące z wina są jeszcze takie, że koją zszargane nerwy. Szanowni Państwo z lotniskowej odprawy pozbawili mnie bowiem kilku kosmetyków. W drodze powrotnej zastanawiałam się już mimochodem czy z megafonu usłyszę komunikat, że właścicielka ów mazideł i psikaczy ma natychmiast stawić się na policji i w poradni zdrowia psychicznego..to tak przy okazji. Od tamtej pory śmierdzi mi śniegiem w powietrzu, co powoduje, że mam ochotę wejść pod biurko i wyć. 



O, jak mnie denerwuje, że na około już bombki, trąbki, mikołaje, gwiazdeczki, choineczki i te czapeczki - renifery, pluszowe kapelusze, uszka, różki, atenki i światełka.

Fading Gigolo

Bogata mężatka za erotyczne usługi (i dyskrecję) oferuje bardzo przyzwoite wynagrodzenie. I właśnie z tym Fioravante ma największy kłopot.
- Mam być twoją dziwką? - pyta się zdziwiony przyjaciela. Murray (Woody) tylko rozkłada ręce. 
- Tysiąc dolarów (za godzinę) piechotą nie chodzi, a przecież niejeden zrobiłby to za darmo.



Bogata męBogata mężatka za erotyczne usługi (i dyskrecję) oferują przy tym bardzo przyzwoite wynagrodzenie. I właśnie z tym Fioravante ma największy kłopot. - Mam być twoją dziwką? - pyta się zdziwiony przyjaciela. Murray tylko rozkłada ręce. Tysiąc dolarów (za godzinę) piechotą nie chodzi, a przecież niejeden zrobiłby to za darmo.

Czytaj więcej na:
http://kino.trojmiasto.pl/Milosc-czy-seks-Recenzja-Casanovy-po-przejsciach-n79603.html#tri
Bogata mężatka za erotyczne usługi (i dyskrecję) oferują przy tym bardzo przyzwoite wynagrodzenie. I właśnie z tym Fioravante ma największy kłopot. - Mam być twoją dziwką? - pyta się zdziwiony przyjaciela. Murray tylko rozkłada ręce. Tysiąc dolarów (za godzinę) piechotą nie chodzi, a przecież niejeden zrobiłby to za darmo.

Czytaj więcej na:
http://kino.trojmiasto.pl/Milosc-czy-seks-Recenzja-Casanovy-po-przejsciach-n79603.html#tri
Bogata mężatka za erotyczne usługi (i dyskrecję) oferują przy tym bardzo przyzwoite wynagrodzenie. I właśnie z tym Fioravante ma największy kłopot. - Mam być twoją dziwką? - pyta się zdziwiony przyjaciela. Murray tylko rozkłada ręce. Tysiąc dolarów (za godzinę) piechotą nie chodzi, a przecież niejeden zrobiłby to za darmo.

Czytaj więcej na:
http://kino.trojmiasto.pl/Milosc-czy-seks-Recenzja-Casanovy-po-przejsciach-n79603.html#tri
Bogata mężatka za erotyczne usługi (i dyskrecję) oferują przy tym bardzo przyzwoite wynagrodzenie. I właśnie z tym Fioravante ma największy kłopot. - Mam być twoją dziwką? - pyta się zdziwiony przyjaciela. Murray tylko rozkłada ręce. Tysiąc dolarów (za godzinę) piechotą nie chodzi, a przecież niejeden zrobiłby to za darmo.

Czytaj więcej na:
http://kino.trojmiasto.pl/Milosc-czy-seks-Recenzja-Casanovy-po-przejsciach-n79603.html#tri
Bogata mężatka za erotyczne usługi (i dyskrecję) oferują przy tym bardzo przyzwoite wynagrodzenie. I właśnie z tym Fioravante ma największy kłopot. - Mam być twoją dziwką? - pyta się zdziwiony przyjaciela. Murray tylko rozkłada ręce. Tysiąc dolarów (za godzinę) piechotą nie chodzi, a przecież niejeden zrobiłby to za darmo.

Czytaj więcej na:
http://kino.trojmiasto.pl/Milosc-czy-seks-Recenzja-Casanovy-po-przejsciach-n79603.html#tri
Bogata mężatka za erotyczne usługi (i dyskrecję) oferują przy tym bardzo przyzwoite wynagrodzenie. I właśnie z tym Fioravante ma największy kłopot. - Mam być twoją dziwką? - pyta się zdziwiony przyjaciela. Murray tylko rozkłada ręce. Tysiąc dolarów (za godzinę) piechotą nie chodzi, a przecież niejeden zrobiłby to za darmo.

Czytaj więcej na:
http://kino.trojmiasto.pl/Milosc-czy-seks-Recenzja-Casanovy-po-przejsciach-n79603.html#tri
Bogata mężatka za erotyczne usługi (i dyskrecję) oferują przy tym bardzo przyzwoite wynagrodzenie. I właśnie z tym Fioravante ma największy kłopot. - Mam być twoją dziwką? - pyta się zdziwiony przyjaciela. Murray tylko rozkłada ręce. Tysiąc dolarów (za godzinę) piechotą nie chodzi, a przecież niejeden zrobiłby to za darmo.

Czytaj więcej na:
http://kino.trojmiasto.pl/Milosc-czy-seks-Recenzja-Casanovy-po-przejsciach-n79603.html#tri
Bogata mężatka za erotyczne usługi (i dyskrecję) oferują przy tym bardzo przyzwoite wynagrodzenie. I właśnie z tym Fioravante ma największy kłopot. - Mam być twoją dziwką? - pyta się zdziwiony przyjaciela. Murray tylko rozkłada ręce. Tysiąc dolarów (za godzinę) piechotą nie chodzi, a przecież niejeden zrobiłby to za darmo.

Czytaj więcej na:
http://kino.trojmiasto.pl/Milosc-czy-seks-Recenzja-Casanovy-po-przejsciach-n79603.html#tri

eat, (pray), love...

Ostatnio kopnął mnie zaszczyt uczestniczenia w szkoleniu z zarządzania sobą w czasie. Po tym fakcie, mam nieodparte wrażenie, że w porównaniu z co poniektórymi Paniami to jestem mistrzem organizacji czasu własnego i osób z mego najbliższego otoczenia. Zarządzam wszystkimi, którzy znajdują się w zasięgu mego wzroku. Powiedzmy sobie szczerze, robię użytek ze swoich zdolności organizatorsko-logistyczno-motywacyjnych. Głównie stosuje motywacje szantażem. 

Nie o tym miało być. 
Głównym powodem marudzenia na owym szkoleniu była standardowo opieka nad dziećmi, zakupy i brak wolnego czasu. Szukając sposobów rozwiązania ich życiowych problemów natknęliśmy się na lodówkę z podłączeniem do internetu. Ponoć jak jest już pusta to cyk-myk łączy się z wybranym sklepem i zamawia na bieżąco potrzebne artykuły. No super, super. 
I teraz myślę sobie, że wychodzisz do pracy, odpalacie komputer na miejscu a nagle okazuje się, że na facebooku czy innym gadu-gadu coś mruga - Twoja lodówka jest online - więc Wy do niej "zamów tofu na kolacje, sok pomarańczowy i cytrynę". Jednak co gdy wda się wirus i rozbestwi nam lodówkę? I dostaniemy odpowiedź "Sorry, nie mam czasu, uprawiam cybersex na hot AGD". Wracacie do domu, a w lodówce gwiżdże wiatr, bo jej randka w necie nie wyszła, więc teraz ma doła. Najgorsze, gdy miała płomienny romans z odkurzaczem spod Krakowa, który zerwał z nią dla mikrofalówki i teraz ma depresję, że w ogóle nie chce się otworzyć. Już widzę, jak Włóczykij nerwowo wali w jej drzwi pojękując "daj chociaż sera".

Nie, chyba najgorzej jak trafi nam się jakaś apodyktyczna sztuka.
Tobie wymarzyła się pizza cztery sery i podwójną rukolą,a ta zamówiła serek wiejski light, otręby żytnie i pastę z makreli, bo uważa, że właściciel się źle odżywia. Ooo albo chcemy napić się wina, a tu tylko maślanka, bo małpa doszła do wniosku, że mamy zadatki na alkoholika. Do czego to może dojść, jak człowiek będzie musiał kitrać swoje nawyki żywieniowe nawet przed lodówką...

Idę dalej pracować!
G'day


PS. Rogal świętomarciński..

W ogóle nie miałam nigdy przyjemności skosztować. Dopiero Włóczykij mnie nawrócił i wyjaśnił idee. A wszystko co słodkie, przekonuje mnie ideologicznie w mig. Problem w tym, że nigdzie nie mogliśmy ich namierzyć. Były takie jedne w Piotrze i Pawle, wyglądały kusząco ale rozmowa z hostessą nie przebiegła pomyślnie
W.: J. każdy rogal kosztuje po 6 złotych.
J.: a skąd ta cena?
W.: Pani mówi, że mają jakieś specjalne certyfikaty.
J.: niby jakie?
W.: to my podziękujemy za rogale i weźmiemy jakieś bez matury.

Powiedźcie, dobre są?









er ist wieder da

Historia alternatywna, burząca grzeczny i ustalony niemiecki porządek rzeczy. Prześmiewczy stosunek do współczesnego społeczeństwa niemieckiego, mediów, Unii Europejskiej. Czarny humor narzędziem do uwolnienia się od kompleksu absolutnego zła..



halloween

Nie no..nie, żeby to był koniec świata. Opcji jest wiele, ale jednak przykro, że Włóczykij opiera się na opcję wybraną przeze mnie. Święto z zeszłego tygodnia trochę nastroiło poziom naszych rozmów. I bardzo ładnie zasugerowałam, że wolałabym opcję spalenia i rozsypania w jakimś czarownym miejscu. Taka dajmy na to Nowa Zelandia. Czyż nie pięknie byłoby już tam zostać? Oczywiście Włóczykij stara się wykpić ustawą i faktem, że nie chce iść do więzienia, ale czy spokojna wieczność nie jest tego warta? Jak się pytam!

Oczywiście jest mnóstwo innych możliwości. Czytałam kiedyś, że można zostać przerobionym na diament po śmierci. Koncepcja niby szacowna, ale jak tu sobie zagwarantować, że nie wyląduje się między biustem drugiej partnerki naszego drogiego partnera?

Za to halloween zaliczam do bardzo udanych. 
W nocy lekko padał deszcz i pohukiwało jakieś stworzenie, ale robiło to pewnie wrażenie dlatego, że chodziliśmy po starym cmentarzu, co to już cmentarzem nie jest. Trochę nieswojo się czułam, fakt. Ciekawe, czy ma to związek z moją nagle odkrytą wrażliwością na zjawiska paranormalne, czy nasłuchania się w radiu przed halloween o demonach i egzorcyzmach.
Za to nikt nie tłukł szufladami.
Chociaż tyle.


To może na koniec rozładuję napięcie żarcikiem. Mąż do żony:
- Ty do mnie mowisz, jak do idioty.
- Mówię tak, żebyś zrozumiał.


news

Panie doktorze, wszystko mnie dziś wkurza. Normalnie taką mam dziś karmę, że co chwila mi oczy zalewa czerwona płachta na byka. I tak sobie siedzę wkurzona i czytam sobie. Różne rzeczy czytam, bo Włóczykij i cała reszta świata doprowadziła mnie do szewskiej pasji - czytam o tym i o tamtym. Między innymi o dżumie czytam. Teraz dużo o takich epidemiach można poczytać w internecie. A więc, czy wiedziałyście, że eksperymenty z dżumą, jako broną bakteriologiczną prowadzili japońscy wojskowi. Była to jednostka "731", dowodzona przez lekarza wojskowego na terytorium Mandżurii. Opracowywano specjalne, porcelanowe bomby przeznaczone do rozsiewania zakażonych pcheł. 

Doprawdy, pięknie. Z jednej strony dżuma, a z drugiej - owszem bomba, ale z eleganckiej porcelany. A żeby była jasność, dlaczego to takie fascynujące. Metodologia Tatarów polegała na tym, że wystrzeliwano z katapulty trupa zmarłego na dżumę. A, Ci - porcelanowa bombeczka z pchełkami. Rozumiecie?

Taka tam, etiudka na piątek.




dogs

Nie sprawdzam się jako matko dwóch cór. 
Tara i Effie mają braki wychowawcze. OLBRZYMIE.

Dla zobrazowania sytuacji: kiedy rano wołam dziewczyny na spacer, to ta mała łachmyta Effie ma mnie generalnie w tyłku (kudłatym zresztą). Jak Włóczykij zawoła ją do łóżka to sunie sobie powolutku, dostojnie, kręci tyłkiem. Mija mnie. Oczywiście stęka i marudzi pod nosem, bo jakże to tak sama ma przyjść a nikt jej nie przyniesie, ale tak czy owak IDZIE. SAMA. Do mnie przychodzi za to wtedy, kiedy zechce jej się coś przekąsić. Zaczepia mnie wtedy znacząco łapą i patrzy w kierunku kuchni lub szafki z łakociami. Przysięgam, że robi wtedy minę z gatunku "no, ruszaj się. Wiesz, co robić!"

O Tarze nawet wspominać nie będę, bo są to historie mrożące krew w żyłam z ADHD w tle. 

Mam również nieodparte wrażenie, że temperatura uczuć moich dziewczyn do mnie jest wprost proporcjonalna do tego, jak bardzo są brudne. Nie macie tak? Absolutnie Effie tak ma, że im bardziej brudna, tym bardziej wylewna. Tara już trochę mniej, bo rozkoszuje się najwidoczniej chwilą. Czyste, śliczne, puchate i pachnące to mają mnie w tyłku. A jak są takie prosto z dworu, obłocone, mokre z liśćmi między sierścią to kochają mnie taaaaaaaak bardzo, że NATYCHMIAST muszą zapewnić mnie o swojej miłości, tuląc się i próbując wejść na kolana. Czasami dobrze byłoby mieć taką galaretkę na cienkich nóżkach, co to się trzęsie cały czas..pinczerki? Takie to łysawe, mało wychodzące i podkołdrowe. No cóż, miłość jednak nie jest racjonalna. Mówi się trudno i kocha się dalej, toteż dalej pierze się ręczniki i koce.




A z głupich dowcipów ostatnio to:
- Panie doktorze, wszyscy się dziwią na mój widok.
- A kto to do nas przyszedł???



(no)way

Jestem nieprzygotowana. Do tego dnia .... i życia. Przynajmniej w ostatnim czasie.  Jednym słowem, muszę iść na odwyk. To dość pilne. Słodycze i nadreaktywność na stres. Za dużo tego i nie podoba mi się, że nikt ze mną nie konsultował czy podoba mi się obecny stan rzeczy. Wydaje mi się, że aby wyjść z tych nałogów, potrzebować będę hipnotyzera z byłego ZSRR, bo nic innego może nie zadziałać. Jakieś sugestie?

Ponadto doszłam dziś o poranku do wniosku, że mam chyba jakieś uszkodzenie w mózgu, które odpowiada bagatela za łatwe otwieranie. Jak widzę na opakowaniu czegoś - czegokolwiek (batonik, kisiel, mleko), zwrot "łatwe otwieranie" tudzież "wygodne otwieranie" to już mi skóra cierpnie, bo wiem, że będzie rzeźnia. Przez pierwsze pół godziny szuka się tego jakże OCZYWISTEGO miejsca, gdzie należy szarpnąć, nacisnąć, pociągnąć, zrobić dziurę. Potem to człowiek zaczyna obwąchiwać, żeby następnie się skaleczyć albo połamać paznokcie. Staram się nie korzystać z zębów, bo obawiam się ich skruszenia. Ostatecznie kończy się na piłowaniu nożem, ciągnięciu kombinerkami, zgniataniu butem i uderzaniem o podłogę. I na co mi to łatwe opakowanie, ja się pytam?! I tak ostatecznie kończę z melisą i szmatą w ręku, bo podłogę należy wytrzeć. Kiedyś o mało nie amputowałam sobie palca, próbując otworzyć puszkę ananasa. Nie wiem do kogo należy wysłać swoje uwagi, ale ja bardzo ładnie proszę aby wprowadzono wersję opakowań, które stanowić będą intelektualne wyzwanie. Pomysły gości od łatwych opakować są dla mojego zmysłu technicznego zabójstwem!

School vs. Memory?

NO WIĘC. Dzień nauczyciela powiadacie..

Nie będzie to notka narzekająca na system edukacji. W odróżnieniu od matek przepuszczających swoje pociechy przez kagańce oświaty - mam tylko wspomnienia własne. A te z biegiem czasu ulegają zatarciu.

Z podstawówki to pamiętam nauczycielkę biologi, która mnie nauczyła biologi. Po prostu. I jak tak patrzę to do biologi miałam szczęście przez całe życie. Do innych przedmiotów to już trochę mniej.

Takie na przykład Wychowanie Fizyczne czy fizyka...oooo lub plastyka.

W gimnazjum WF-u uczyła nas wysportowana, żylasta kobiecina, która do dzisiaj budzi moje zniesmaczenie. Kazała biegać sprintem po parku o poranku, na stopień. Zwisać głową w dół z drabinek na stopień. Czołgać się po posadzce na stopień. A, żeby było tego mało, zostałam uraczona przez rodzicielkę corocznymi obozami sportowymi z ów personą. Słowo daję, tarzanie się za karę w piachu o północy i niemożność pójścia się wykąpać, spowodował, że nienawidziłam WF-u. Z powodu WF-u miałam niekiedy nerwicę, zwłaszcza gdy trzeba było grac w koszykówkę z dziewuchami dwa razy większymi ode mnie.* Na całe szczęście w liceum miałam już tylko zajęcia taneczne lub dla odmiany siłownię. Na studia poszłam takie, gdzie WF był nieobowiązkowy lub sprawdzałam czy istnieje wybór zajęć. KONIECZNIE. 

Ach! Plastyka...

Tutaj też miałam ochotę czasem popełnić harakiri. Rzeźbienie w mydle, wyklejanie witraży lub "emocje na ludzkiej twarzy". Byłam dobra jedynie w malowaniu żołnierzy w bokserkach w serduszka. W liceum miałam z kolei nauczycielkę od plastyki, która miała chyba z trzysta lat. W każdym razie nie pamiętam abyśmy cokolwiek na tych zajęciach robili. Kojarzę jednak, że utleniała włosy na biało-blond i malowała usta na amarantowo. Siadała też półdupkiem na biurku w obcisłych złotych legginsach. Nie no. To była bankowo artystka. Jak nic, człowiek wyobraża sobie jej recital na stole w jadalni i 20-letniego kochanka, którego genitalia maluje na ścianie w mieszkaniu. Nauczycielka, nie kochanek.

Polski w liceum miałam z żoną jakiegoś biznesmena, która głównie nie miała czasu stawić się na lekcji, bo jeździła na zakupy i zagraniczne koncerty. 


 Fizykę z babeczką dla której wszystko było "jasne" i "niewymagające tłumaczenia". Stawiała na każdej lekcji jakiegoś biednego delikwenta przed tablicą i kazała rysować sznurek przełożony przez bloczki. Na jednym jego końcu wisiał odważnik, a na drugim małpka albo chłopiec. Zadanie oscylowało wokół rysowania sił działających na jedno lub drugie. Nim się doszło do końca tego równania to już był koniec zajęć. Na fizyce chyba nigdy nie byłam przy tablicy, bo siadałam w ostatniej ławce i znacząco obniżałam się na siedzeniu, ażeby nie kusić losu. 
  
Angielski miałam z trzema różnymi nauczycielami, bo każdy zajmował się inną płaszczyzną dobrodziejstwa. Między innymi był koleś na wiecznym kacu, który na wstępie lekcji, oznajmiał z szyderczym uśmieszkiem, że coś sobie "szrajbniemy". Uwalał wszystkich po kolei, oświadczając, że jak będzie chciało się poprawić ocenę to należy przyjść po zajęciach i zapukać nogą, bo ręce winny być zajęte. 
Kurna… JAKIM CUDEM pozdawaliśmy ten przedmiot, to nie wiem. 


*żeby była jasność, samą koszykówkę uwielbiam. Chociaż bardziej gustuję w hokeju.



friday

Jadę za dwa tygodnie na ślub i zgodnie z odwieczną, staropolską tradycją nie mam w co się ubrać. Nie wiem o co chodzi z tą ilością szmat w mojej szafie i szufladach i jakie było założenie ich użycia, ale bynajmniej nic teraz nie pasuje. Ponadto zimą mam wrażenie, że jestem w posiadaniu głównie letnich rzeczy, a latem, że zimowych. W dodatku, nawet jeśli pojawia się w moment, że mam na sobie znośną gorę to nie mam do tego dołu i vice versa. Wiem, w dupach nam kobietom się poprzewracało - kiedyś ludzie mieli dwa zestawy ubrań: to na sobie i odświętne w szafie, a car rozpijał chłopa pańszczyźnianego..Ja to wszystko wiem, ale nie zmienia to mojej obecnej sytuacji.

Koniec tygodnia nastał. W ekspresowym tempie. Jak już nadchodzi ten moment to zawsze sobie myślę, że ten następny będzie już spokojniejszy, normalniejszy. Po czym nadchodzi, a właściwie galopuje następny roboczy tydzień z okrzykiem BONAAAAANZAAAA i wywijając lassem, przytwierdza do stosu papierów na biurku. I nadchodzi piątek, który łaskawie po godzinie 16:00 wypluwa nas skonanych i zdezorientowanych. Tak, wiem. To się nazywa życie i powinnam się przyzwyczaić. Nie ma luzów i nie jesteśmy beztroskimi motylkami. 

O pogodzie nie będę się nawet wypowiadać.


O święta Rito, patronko spraw beznadziejnych! Po wczorajszej wieczornej, swawoli jedzeniowej, jestem utwierdzona w przekonaniu, że śmierć temu, kto wymyślił chrupki. Tortury i porażenie prądem. Chrupki i czipsy są gorsze niż heroina. Po heroinie się przynajmniej chudnie. A po opierniczeniu wielkiego opakowania chrupek chyba wręcz przeciwnie. Brakowało już tylko popicia tego wszystkim colą i sama sobie bym pogratulowała.



wild

Taką mam z rana tradycję, że przed wyjściem do pracy, serwuje sobie kawę i krótki seans przed tvn24. Dziś dla odmiany zaczęłam od animal planet. W sumie to co za różnica. I takim sposobem śmignął mi program o nosorożcach. Czy wiecie jak uciekać przed nosorożcem?

Otóż wbrew pozorom temat jest poważny, bo o ile nosorożec na takiego nie wygląda to ponoć umie popylać dobre 45 km na godzinę. Aby skutecznie uciec przed rozpędzonym nosorożem, należy w biegu rozebrać się do naga. To skutecznie może go zdezorientować. Nosorożec głupieje i nie wie co dalej robić - gonić czy nie. Wydaje mi się, że do pewnego momentu jest to dobre rozwiązanie również w przypadku kłócącej się pary. W trakcie się rozebrać. Nad tą technologią należy popracować, bo czas nie działa na korzyść, ale nad tym to jeszcze pomyślę.


Poza tym to, prowadzimy dziś w pracy bardzo ożywioną dyskusję czy obcięte pazury przednich łapek świnki morskiej to zabieg z serii manicure, czy pedicure? Śmiem twierdzić, że te rozkoszne zwierzęta są jednak cztery na cztery, ale są tutaj i tacy co podpierają się bajkami w których ów stworzenia chodzą zawsze na tylnich łapach, bo w przednich trzymają filiżankę z herbatą. Nie będę dyskutować z faktami.
Już czwartek? To gdzie się podziała środa?! To może kawy? Zapraszam na pogaduchy.





the universe and cucumber

Tak myślę sobie dzisiaj o tym co ludziom wychodzi na dobre i chyba muszę zacząć coś łykać. Może jakieś proszki z ananasa albo coś z chromu, żeby tak wszystkiego nie analizować. Dajmy na to niedziela. Co robiłyście w niedzielę?

Ja normalnie coś tam posprzątam, poczytam. Tym razem planowałam relaks. Włóczykij zresztą też. Dodam także, że zawsze ale to ZAWSZE obrywa mi się za zapędzanie ów osobnika do pracy w domu. Tym razem od rana Włóczykij mył lodówkę. Moim zadaniem było przygotowanie z podwiędłych warzyw posiłki na najbliższe dni. Praca z Ajaxem czystym relaksem..jak mówią. Ja nie wiem, wydawało mi się, że mam nieco inną definicję relaksu, bez detergentów i garów bynajmniej. Odnalazł się za to słoik miodu, uznany za zaginiony w akcji.

A może to wszystko jest spowodowane brakująca masą wszechświata?

Z innych mych rozważań to lubię zapach zielonego ogórka. W ogóle lubię ogórki. Twarde, soczyste i pyszne. Ooo takie małosolne dajmy na to z twarożkiem. Co innego ogórek morski. Wygląda dość ohydnie i posiada zdolność wyrzucenia z siebie żołądka z całą jego zawartością i wyhodowania sobie nowego. Kto by z nas tego nie chciał? Za to we Wrocławiu jest pub ogórek, w którym przoduje właśnie ogórek - mohito ogórkowe, sex on the ogórek. Nie zgadniecie za kogo przebrane są kelnerki..a wystrój obfituje w takie dobrodziejstwa kultury i sztuki:



Nes pa?



Rozmawiają dwie żaby:
- Tyyy, widziałas? Jak ten Francuz się gapił na moje nogi?





still

Od czwartku dzieją się takie rzeczy w mym życiu, że jestem skłonna pobiec w maratonie na 50 km, ażeby nieco odpocząć tudzież pójść na dinner party z Hannibalem Lecterem, żeby się odstresować. Kojarzycie film "You've got mail"? Pod koniec jest scena w której Tom Hanks namawia Meg Ryan, aby nie szła na spotkanie z tym gościem poznanym przez Internet. Przekonuje ją, aby była z nim i mówi, że będzie im razem świetnie i nie będą się kłócić. Meg mu na to, że co najwyżej kłóciliby się o to jaki film obejrzeć wieczorem. Problem z tym, że na przykład: MY się kłócimy. I doprawdy bywa mnóstwo możliwości. Jesień nastała? Bo póki jest słońce to człowiek wierzy we wszystkie niemożliwości tego świata. Mówię, Wam strasznie porąbane dni. Ze wszystkich stron atakuje oszalała ch&*#$@ próżniowo pakowana.


A z głupich dowcipów ostatnio to:

Wjeżdza chłop do wsi furmanką i krzyczy:
- Luuuuuuuuudzie! Węgiel przywiozłem!
Na co koń odwraca łeb, patrzy na niego i mówi:
- Tak, ku*** – TY przywiozłeś!…




Oko mi tyka..

nothing (special)

Podobno jeże są ostatnio nieco zdezorientowane, bo nie wiedzą czy to jeszcze wiosna/lato czy już może zimna. Wobec tego nie są pewne czy spać czy się rozmnażać. Straszny zgryz mają. Nie wiem jak im pomóc. Chciałam jakieś adoptować, ale Włóczykij się nie zgodził. Zerkam sobie, więc niezobowiązująco TUTAJ, może mój mężczyzna zmieni zdanie. Obiecuję wygrzebywać jeżykowi dżdżownice i poić go mlekiem.

Pół drogi do pracy zastanawiałam się co to jest u licha DUNDER.
Powiedzenie ludowe mówi: a niech Cię dunder świśnie. No dobra wiedziałam więc, że ów rzecz potrafi świstać. Obstawiałam więc, jakiegoś ssaka, ale przeszło mi też przez myśl, że to coś z botaniki np. gatunek wierzby lub rodzaj instrumentu dętego. Sprawdziłam: to piorun. A czy teraz mi ktoś powie, dlaczego pioruny mają świstać?

Poza tym coś mnie boli od dwóch dni i to coś czego nie umiem nazwać. Boli mnie chyba całe ciało. Skóra?





before I go to sleep

Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, że budząc się codziennie Wasz umysły przypomina wytartą do czysta tablicę na której nie widnieje ani jedno wspomnienie? Każdy dzień zaczyna się rutyną -  od uczucia obezwładniającej paniki, że nie wiesz, kim jesteś. Wszystko, czego w ciągu dnia dowiadujesz się o sobie i swoim życiu nie pochodzi z Twojej pamięci, a jednie szczątków informacji zbieranych pieczołowicie od osób Ciebie otaczających. Polecam obejrzenie, chociaż niekoniecznie w rocznicę.

when it's not good

To doprawdy miło, że złota polska jesień uraczyła nas w tym roku tak niewątpliwym urokiem, słoneczkiem i ciepłem. Prosiłabym jeszcze aby te temperatury pomiędzy porankiem a popołudniem tak się nie wahały, w jednej chwili piętnaście stopni w górę a za chwilę w dół. Łeb mi odpadnie a dość przyzwyczajona do niego jestem.

Jestem od niedawna w posiadaniu różowej bluzki w zebry. Okazuje się, że zwierzątka na ciuchach są ostatnio must - have dla każdego. Były jeszcze papużki, ale parzystnokopytne bardziej do mnie przemawiają.

A teraz opowiem dowcip:
 
Dwie kobiety rozmawiają w tramwaju
- wie pani, najgorsze, że człowiek tak ciągle musi myśleć i myśleć…
- ee tam, ja robię mielone na trzy dni, a potem już sobie sami odgrzewają
 Najgorsze to myślenie. NAJ-GOR-SZE. Od tego całego myślenia człowiek dostaje wytrzeszczu i nerwicy. Nic dziwnego, że większość społeczeństwa unika tego jak może. Mi się nie udało i od tygodnia czuje się wymięta i rzucona w kąt, jak hotelowy ręcznik. Nic tylko zalegać z Mongołką i Cyganką na kanapie w pozycji omdlałych łabędzic, użalając się nad sobą z dozą kultury wizualnej.
 No i tak sobie żyję.


Cheers!!

How's the Pain?

Bardzo lubię książki, które zaczynają się od zakończenia, wiadomo kto, kogo, czym i gdzie zabił...

let's say ....

Nie wiem czy pamiętacie, jak kiedyś wspominałam, że jestem czekoladoholiczką. Nie ma dla mnie granicy w możliwościach zjedzenia słodyczy. Warunek jest jeden - musi być chociaż jedna warstwa czekolady. Kit Katy to moja śmierć. W sumie to wszystkie rodzaje batoników, ale biały kit kat to został chyba wyprodukowany specjalnie dla mnie, po to, żeby mnie już całkowicie upodlić i stoczyć utuczoną do rynsztoka po równi pochyłej. Właściwie to sturlać. Dlatego też, od trzech tygodni ostro realizuję wewnętrzną walkę z szatanem, celem zaprzestania ów konsumpcji.

To nie jest słaby szatan. Szatan, kuszący do zjedzenia czegoś czekoladowego jest najlepiej wyedukowanym megazłem wcielonym ever. Przypuszczam, że skończył studia MBA z namawiania i ma profesurę z manipulacji rzeczywistością. W ramach słodyczy jem jabłka i rodzynki. Szaleństwo. Zastanawiam się tylko jak długo?! Jak długo dam radę walczyć. W normalnych warunkach widząc tabliczkę milki rzuciłabym się na nią i przy włączonym trybie packman mode on, wpałaszowała w minutę. JABŁKO. I nic poza jabłka!

"House of cards" leży i kwiczy. Nie mogę się zebrać do obejrzenia odcinka, co to na nim zasnęłam. Włóczykij starał się kontrolować moją użyteczność przy seansie, ale moja szelmowska natura go przechytrzyła. Obejrzałam za to kilka odcinków z trzeciego sezonu Skandalu. Trochę przez przypadek, bo mi wyskoczyło, gdy szukałam tła pod pisanie. I pooooszło.....słowo daje, nie bardzo wiem w jaki sposób  ale pisałam nie patrząc na klawiaturę i nie wiem do końca co napisałam. Cóż to się nie działo!

 A jak już zjem te wszystkie jabłka, to skrzynki wykorzystujemy nie tylko jako półki.






 Maszyna do szycia nie tak dawno, stała się stolikiem pod akwarium. Nie wiem, czy rybkom robi to jakąś znaczącą różnicę, ale mi i owszem.


A ta wytrawna czarna farba za stolikiem to farba magnetyczna z magnesową razem wzięte. Mogłabym na przykład codziennie zostawać Włóczykijowi wiadomości, ale ostatnim razem jak napisałam na czerwono,  "NIE ZAPOMNIJ OBIADU" to i tak go zapomniał..więc jaki sens tych wiadomości?!


I stół z palet!! jeden z dwóch, bo drugi to typowy do jadalni! Bardzo mi się podobają, dopóki żywica z nich nie wycieka. A jeszcze lepiej, jak się paluszkiem sprawdza co to w ogóle jest i się domyć człowiek nie może. Super. I ten leśny zapach.