motivation

Chciałabym się dzisiaj wypowiedzieć o motywacji, tym co człowiek chce i krążeniu. O banku nie będę się wypowiadać, bo mnie szlag zaraz trafi. Od rana próbuje połączyć się ze swoim bankiem i zrobić przelew, a ten mi współpracy odmawia. Wiem, że powinnam oszczędzać ale może chociaż nerwy zacznę. 

A więc, motywacja. Tej mam coraz więcej. Słowo honoru. I do jakieś równowagi dochodzę, przynajmniej tak mi się zdaje. Po prostu pomysłu brak na wylew tej motywacji. No bo co to znaczy: "usiądź i pisz". Aż mi wszystko drętwieje na samą myśl. Tu nie wystarczy po prostu pisać. Tu jeszcze jakąś głębie trzeba reprezentować. Chociaż podobno największy naukowy geniusz wychodził mi po winie. Skorzystałabym  z tego narzędzia - gdyby nie fakt, że antybiotyki przyjmuję. Koniec wątku. Miętowa herbata i mantra mi zostaje.

Krążenie też kiedyś miałam. Kiepskie, bo kiepskie, ale z wiekiem się pogarsza. Stopy zawsze miałam zimne. Niemal jak pingwin. A ręce, jak przytykam wieczorem do osobistego Włóczykija to jest tylko ryk i oddelegowanie, celem rozgrzania ich sobie w warunkach samodotyku. Widać, że nie miał nic wspólnego z surwiwalem. 

A chciałabym dużo rzeczy. Wyższej temperatury, bo ta obecna zrobiła ze mnie śpiącą mątwę. Krówek w papierkach. Ograniczeniu profitów dla zakonników ortodoksyjnych (mówili dziś w wiadomościach, że na lotniskach zakonnicy mają pierwszeństwo - niby z jakiej racji? bliżej nieba?). Posiąść umiejętność ufania - jeszcze do wczoraj uważałam, że jakiś zalążek tej zdolności posiadam ale jednak byłam w błędzie - cóż nie jest to jakieś novum dla mnie. 

Aaaa i żeby ten niżej przedstawiony diabelski aniołek przestał niszczyć wszystko co mu wpadnie w pole widzenia. Wyszłam z domu na 10 minut! Tylko dziesięć. I już zanotowałam ubytki. A później podnosi na mnie to zdziwione spojrzenie i człowiek się lituje. 



day off

Nie odzywam się bo mi głowa odpadła. A przynajmniej wolałabym, żeby mi odpadła, bo tak mnie boli. Przekichałam cały wczorajszy dzień i lekko mną pląsało, więc popołudniu majestatycznie zaległam na kanapie z herbatą, miodem i snami w technikolorze. 

Kiedy będzie te plus dwadzieścia, hę..?

Żeby nie było nudno podczas chorubska, to jak na znachorkę w warunkach domowych szukam stosownych dla siebie zajęć. Miałam nawet filling na przesadzenie kwiatków i zmianę ich położenia. Aaa i mandali szukam na komódkę białą. Najlepiej turkusową. 

I skończyłam dzisiaj Klęskę Rozumu. Zalało mnie dość dokumentalnie, choć nie naukowo. Jeśli o mnie chodzi to groteska polityki całkiem na plus. Podobała mi się książka, z jednym zastrzeżeniem. Czy nikt nie zatrudnia porządnych redaktorów i nie robi korekty? Teraz pora na jedną z książek od Włóczykija - Życie jest gdzie indziej. Interesujące, jakby to powiedział Gregory House. 

(not) so easy

To miała być w miarę normalna wizyta u weterynarza. Kilka zastrzyków połączonych z lekkim manicure. Jeśli jest ktoś kto uważa, że obcięcie pazurów u psa i zrobienie jemu zastrzyku to normalny zabieg to pewnie się nie myli...ale...ALE...inaczej jest w przypadku Kiśki. Jej wizyta u weterynarza przypomina krwawe świnobicie. 

Rzuca się i wyrywa - może być ciężko chora a i tak ma wtedy krzepę wszystkich demonów z kręgów piekielnych. Utrzymanie jej to zadanie dla kilku osób. Poza tym drze się, krzyczy, wyje, skowyczy. Korzysta z całej gamy dźwięków. Podkreślę, że ona nie szczeka i nie gryzie. Po prostu drze się wniebogłosy. Na koniec tupie z impetem nogą i kopie. Tak, proszę mi wierzyć. Ten mały, emerycki jamnik ma porządny wykop. Powinna jeszcze nosić t-shirt z napisem "I'M FREE BITCH!".

Ok, tło dzisiejszych zdarzeń jest nakreślony.

Pierwszą czynnością Kiśki jest próba spektakularnej ucieczki. Zapiera się niemal o framugę drzwi wejściowych. Następnie przerzuca szelki przez bary i daje dyla w drugą stronę. Ona gna, ja gnam i tak sobie biegamy wcześniej dla rozluźnienia atmosfery. 

Jak już wezmę psinę na ręce i dowlokę do poczekalni to jest gra na litość. Oczy się poszerzają, ciało dygocze. Następuje próba liźnięcia z wyrazem pyska "zrobię dla Ciebie wszystko - będę grzeczna, tylko mnie stąd zabierz". Po wizycie zapomina o tym i jest śmiertelnie na mnie obrażona. Udając, że mnie nie widzi i nie słyszy, wchodzi do auta. Jakby miała w sobie nieco więcej złośliwości to by mnie opluła. 

Ja z kolei po wizycie jestem spocona, podrapana, zmęczona, potargana i choć obiecuje tonę kurczaków mojej małej psince to i tak nie odzywamy się do siebie przez pół dnia.

Zawsze na mnie spoczywa rola złej gliny. WHY?!?!



sickness

Przeziębiony facet jest goryszy od plag egipskich. Ponadto przeziębiony facet jest już bliski zejścia z tego padołu. Jak nic umiera. Jedyne czego chce to umrzeć. Tym sposobem Włóczykij w poniedziałek spektakularnie umierał. Początkowo był grzeczny - przeglądał sobie facebooka, oglądał 'Przyjaciół' i trąbił jak albatros lub sporej wielkości indor. I doprawdy chciałabym oddać się rozpuście w tym czasie. Niestety okazało się, że mój mężczyzna sprzedał mi tanio wirusa, który pokonał mnie w całej swojej klasie. Jedyne na co mogę sobie pozwolić w tej rozpuście to upodlenie coldrexem. 

Opieka nad mym mężczyzną wymaga postępowania zgodnie z instrukcją opieki nad dzieckiem. I mam ochotę sobie pokrzyczeć (chociaż w poduszkę), jak Phoebe: MOJE OCZY! MOJE OCZY! 

Potykam się o butelkę od wody, która wędruje chyba za moim cieniem, wbijają mi się okruszki po jedzeniu a wszędzie jest wszystko. Czy ktoś mi wyjaśni co robi nie otwarty miód w pokoju, no wiecie..zaraz obok tej rolki papieru toaletowego?No i tak to wygląda w skrócie. Chorujemy sobie.

To znaczy, martwiłam się jeszcze, że psom ugotować coś do jedzenia trzeba ale podobno moje są rozpieszczone i wystarczy im suchego dać. Szkoda, że bilans żywności w tej materii jest ujemny. Czekam teraz na inne propozycje tematów o które można się pokłócić pomiędzy jednym wzrostem temperatury a spadkiem ciśnienia.  

Kawy bym chciała..i żeby mi ktoś zaśpiewał.