(not) so easy

To miała być w miarę normalna wizyta u weterynarza. Kilka zastrzyków połączonych z lekkim manicure. Jeśli jest ktoś kto uważa, że obcięcie pazurów u psa i zrobienie jemu zastrzyku to normalny zabieg to pewnie się nie myli...ale...ALE...inaczej jest w przypadku Kiśki. Jej wizyta u weterynarza przypomina krwawe świnobicie. 

Rzuca się i wyrywa - może być ciężko chora a i tak ma wtedy krzepę wszystkich demonów z kręgów piekielnych. Utrzymanie jej to zadanie dla kilku osób. Poza tym drze się, krzyczy, wyje, skowyczy. Korzysta z całej gamy dźwięków. Podkreślę, że ona nie szczeka i nie gryzie. Po prostu drze się wniebogłosy. Na koniec tupie z impetem nogą i kopie. Tak, proszę mi wierzyć. Ten mały, emerycki jamnik ma porządny wykop. Powinna jeszcze nosić t-shirt z napisem "I'M FREE BITCH!".

Ok, tło dzisiejszych zdarzeń jest nakreślony.

Pierwszą czynnością Kiśki jest próba spektakularnej ucieczki. Zapiera się niemal o framugę drzwi wejściowych. Następnie przerzuca szelki przez bary i daje dyla w drugą stronę. Ona gna, ja gnam i tak sobie biegamy wcześniej dla rozluźnienia atmosfery. 

Jak już wezmę psinę na ręce i dowlokę do poczekalni to jest gra na litość. Oczy się poszerzają, ciało dygocze. Następuje próba liźnięcia z wyrazem pyska "zrobię dla Ciebie wszystko - będę grzeczna, tylko mnie stąd zabierz". Po wizycie zapomina o tym i jest śmiertelnie na mnie obrażona. Udając, że mnie nie widzi i nie słyszy, wchodzi do auta. Jakby miała w sobie nieco więcej złośliwości to by mnie opluła. 

Ja z kolei po wizycie jestem spocona, podrapana, zmęczona, potargana i choć obiecuje tonę kurczaków mojej małej psince to i tak nie odzywamy się do siebie przez pół dnia.

Zawsze na mnie spoczywa rola złej gliny. WHY?!?!



3 komentarze :

  1. Skąd ja to znam? ;-)
    Mój huskowaty jak tylko się zorientuje, że jesteśmy na ostatnim zakręcie prowadzącym do weta, zapiera się ile sił w łapach i go ruszyć nie można. A od tego zakrętu droga jeszcze daleka. Resztkami sił ciągnę go więc do drzwi, potem muszę wykrzesać z siebie znów trochę energii, żeby udało się go za te drzwi wprowadzić. Pocieszę Cię, że masz łatwiej, bo na ręce możesz wziąć ;-).
    Natomiast moja mała też niechętnie wchodzi, czasem zdarza jej się z szelek wyjść (ale u niej to norma także na spacerach, dlatego obmyślam jakie by tu nowe szelki jej sprawić coby z nich nie wylazła). Na to mam sposób taki, że ja wchodzę a ją zostawiam na zewnątrz na długiej smyczy flexi i chcąc nie chcąc i tak musi za mną wejść, bo przecież sama nie zostanie ;-). Jak już jest w środku i nadchodzi moment szczepienia, to wtula się we mnie tak mocno jak tylko potrafi i nic nie jest w stanie jej ode mnie oderwać. Kiedy jest już po wszystkim, to zwiedza każdy możliwy kąt w lecznicy i macha przy tym radośnie ogonem.

    OdpowiedzUsuń
  2. to ja napisze cos całkiem odwrotnego. Miałam sunię ( wielkosci goldena) która lubiła chodzic do weta... może dlatego, ze była ze schroniska i jak ją wzięlismy to miała parwowirozę... tydzień wlaczylismy i moze ona wiedziała, że wet pomaga? no w każdym razie zawsze wchodziła do lecznicy wesolutko merdając ogonem, zaglądała w każdy kat, nie musiałam jej trzymac do szczepienia... słowem super... no ale to był w ogóle wyjatkowy pies...nie ma jej z nami juz od kilku lat, a ja nadal mam łzy w oczach jak o niej pomyślę....

    OdpowiedzUsuń
  3. My też się boimy lekarzy, i tylko godność nam nie pozwala tarzać się po ziemi i wyć ;))

    OdpowiedzUsuń

Po usłyszeniu sygnału..