news

Panie doktorze, wszystko mnie dziś wkurza. Normalnie taką mam dziś karmę, że co chwila mi oczy zalewa czerwona płachta na byka. I tak sobie siedzę wkurzona i czytam sobie. Różne rzeczy czytam, bo Włóczykij i cała reszta świata doprowadziła mnie do szewskiej pasji - czytam o tym i o tamtym. Między innymi o dżumie czytam. Teraz dużo o takich epidemiach można poczytać w internecie. A więc, czy wiedziałyście, że eksperymenty z dżumą, jako broną bakteriologiczną prowadzili japońscy wojskowi. Była to jednostka "731", dowodzona przez lekarza wojskowego na terytorium Mandżurii. Opracowywano specjalne, porcelanowe bomby przeznaczone do rozsiewania zakażonych pcheł. 

Doprawdy, pięknie. Z jednej strony dżuma, a z drugiej - owszem bomba, ale z eleganckiej porcelany. A żeby była jasność, dlaczego to takie fascynujące. Metodologia Tatarów polegała na tym, że wystrzeliwano z katapulty trupa zmarłego na dżumę. A, Ci - porcelanowa bombeczka z pchełkami. Rozumiecie?

Taka tam, etiudka na piątek.




dogs

Nie sprawdzam się jako matko dwóch cór. 
Tara i Effie mają braki wychowawcze. OLBRZYMIE.

Dla zobrazowania sytuacji: kiedy rano wołam dziewczyny na spacer, to ta mała łachmyta Effie ma mnie generalnie w tyłku (kudłatym zresztą). Jak Włóczykij zawoła ją do łóżka to sunie sobie powolutku, dostojnie, kręci tyłkiem. Mija mnie. Oczywiście stęka i marudzi pod nosem, bo jakże to tak sama ma przyjść a nikt jej nie przyniesie, ale tak czy owak IDZIE. SAMA. Do mnie przychodzi za to wtedy, kiedy zechce jej się coś przekąsić. Zaczepia mnie wtedy znacząco łapą i patrzy w kierunku kuchni lub szafki z łakociami. Przysięgam, że robi wtedy minę z gatunku "no, ruszaj się. Wiesz, co robić!"

O Tarze nawet wspominać nie będę, bo są to historie mrożące krew w żyłam z ADHD w tle. 

Mam również nieodparte wrażenie, że temperatura uczuć moich dziewczyn do mnie jest wprost proporcjonalna do tego, jak bardzo są brudne. Nie macie tak? Absolutnie Effie tak ma, że im bardziej brudna, tym bardziej wylewna. Tara już trochę mniej, bo rozkoszuje się najwidoczniej chwilą. Czyste, śliczne, puchate i pachnące to mają mnie w tyłku. A jak są takie prosto z dworu, obłocone, mokre z liśćmi między sierścią to kochają mnie taaaaaaaak bardzo, że NATYCHMIAST muszą zapewnić mnie o swojej miłości, tuląc się i próbując wejść na kolana. Czasami dobrze byłoby mieć taką galaretkę na cienkich nóżkach, co to się trzęsie cały czas..pinczerki? Takie to łysawe, mało wychodzące i podkołdrowe. No cóż, miłość jednak nie jest racjonalna. Mówi się trudno i kocha się dalej, toteż dalej pierze się ręczniki i koce.




A z głupich dowcipów ostatnio to:
- Panie doktorze, wszyscy się dziwią na mój widok.
- A kto to do nas przyszedł???



(no)way

Jestem nieprzygotowana. Do tego dnia .... i życia. Przynajmniej w ostatnim czasie.  Jednym słowem, muszę iść na odwyk. To dość pilne. Słodycze i nadreaktywność na stres. Za dużo tego i nie podoba mi się, że nikt ze mną nie konsultował czy podoba mi się obecny stan rzeczy. Wydaje mi się, że aby wyjść z tych nałogów, potrzebować będę hipnotyzera z byłego ZSRR, bo nic innego może nie zadziałać. Jakieś sugestie?

Ponadto doszłam dziś o poranku do wniosku, że mam chyba jakieś uszkodzenie w mózgu, które odpowiada bagatela za łatwe otwieranie. Jak widzę na opakowaniu czegoś - czegokolwiek (batonik, kisiel, mleko), zwrot "łatwe otwieranie" tudzież "wygodne otwieranie" to już mi skóra cierpnie, bo wiem, że będzie rzeźnia. Przez pierwsze pół godziny szuka się tego jakże OCZYWISTEGO miejsca, gdzie należy szarpnąć, nacisnąć, pociągnąć, zrobić dziurę. Potem to człowiek zaczyna obwąchiwać, żeby następnie się skaleczyć albo połamać paznokcie. Staram się nie korzystać z zębów, bo obawiam się ich skruszenia. Ostatecznie kończy się na piłowaniu nożem, ciągnięciu kombinerkami, zgniataniu butem i uderzaniem o podłogę. I na co mi to łatwe opakowanie, ja się pytam?! I tak ostatecznie kończę z melisą i szmatą w ręku, bo podłogę należy wytrzeć. Kiedyś o mało nie amputowałam sobie palca, próbując otworzyć puszkę ananasa. Nie wiem do kogo należy wysłać swoje uwagi, ale ja bardzo ładnie proszę aby wprowadzono wersję opakowań, które stanowić będą intelektualne wyzwanie. Pomysły gości od łatwych opakować są dla mojego zmysłu technicznego zabójstwem!

School vs. Memory?

NO WIĘC. Dzień nauczyciela powiadacie..

Nie będzie to notka narzekająca na system edukacji. W odróżnieniu od matek przepuszczających swoje pociechy przez kagańce oświaty - mam tylko wspomnienia własne. A te z biegiem czasu ulegają zatarciu.

Z podstawówki to pamiętam nauczycielkę biologi, która mnie nauczyła biologi. Po prostu. I jak tak patrzę to do biologi miałam szczęście przez całe życie. Do innych przedmiotów to już trochę mniej.

Takie na przykład Wychowanie Fizyczne czy fizyka...oooo lub plastyka.

W gimnazjum WF-u uczyła nas wysportowana, żylasta kobiecina, która do dzisiaj budzi moje zniesmaczenie. Kazała biegać sprintem po parku o poranku, na stopień. Zwisać głową w dół z drabinek na stopień. Czołgać się po posadzce na stopień. A, żeby było tego mało, zostałam uraczona przez rodzicielkę corocznymi obozami sportowymi z ów personą. Słowo daję, tarzanie się za karę w piachu o północy i niemożność pójścia się wykąpać, spowodował, że nienawidziłam WF-u. Z powodu WF-u miałam niekiedy nerwicę, zwłaszcza gdy trzeba było grac w koszykówkę z dziewuchami dwa razy większymi ode mnie.* Na całe szczęście w liceum miałam już tylko zajęcia taneczne lub dla odmiany siłownię. Na studia poszłam takie, gdzie WF był nieobowiązkowy lub sprawdzałam czy istnieje wybór zajęć. KONIECZNIE. 

Ach! Plastyka...

Tutaj też miałam ochotę czasem popełnić harakiri. Rzeźbienie w mydle, wyklejanie witraży lub "emocje na ludzkiej twarzy". Byłam dobra jedynie w malowaniu żołnierzy w bokserkach w serduszka. W liceum miałam z kolei nauczycielkę od plastyki, która miała chyba z trzysta lat. W każdym razie nie pamiętam abyśmy cokolwiek na tych zajęciach robili. Kojarzę jednak, że utleniała włosy na biało-blond i malowała usta na amarantowo. Siadała też półdupkiem na biurku w obcisłych złotych legginsach. Nie no. To była bankowo artystka. Jak nic, człowiek wyobraża sobie jej recital na stole w jadalni i 20-letniego kochanka, którego genitalia maluje na ścianie w mieszkaniu. Nauczycielka, nie kochanek.

Polski w liceum miałam z żoną jakiegoś biznesmena, która głównie nie miała czasu stawić się na lekcji, bo jeździła na zakupy i zagraniczne koncerty. 


 Fizykę z babeczką dla której wszystko było "jasne" i "niewymagające tłumaczenia". Stawiała na każdej lekcji jakiegoś biednego delikwenta przed tablicą i kazała rysować sznurek przełożony przez bloczki. Na jednym jego końcu wisiał odważnik, a na drugim małpka albo chłopiec. Zadanie oscylowało wokół rysowania sił działających na jedno lub drugie. Nim się doszło do końca tego równania to już był koniec zajęć. Na fizyce chyba nigdy nie byłam przy tablicy, bo siadałam w ostatniej ławce i znacząco obniżałam się na siedzeniu, ażeby nie kusić losu. 
  
Angielski miałam z trzema różnymi nauczycielami, bo każdy zajmował się inną płaszczyzną dobrodziejstwa. Między innymi był koleś na wiecznym kacu, który na wstępie lekcji, oznajmiał z szyderczym uśmieszkiem, że coś sobie "szrajbniemy". Uwalał wszystkich po kolei, oświadczając, że jak będzie chciało się poprawić ocenę to należy przyjść po zajęciach i zapukać nogą, bo ręce winny być zajęte. 
Kurna… JAKIM CUDEM pozdawaliśmy ten przedmiot, to nie wiem. 


*żeby była jasność, samą koszykówkę uwielbiam. Chociaż bardziej gustuję w hokeju.



friday

Jadę za dwa tygodnie na ślub i zgodnie z odwieczną, staropolską tradycją nie mam w co się ubrać. Nie wiem o co chodzi z tą ilością szmat w mojej szafie i szufladach i jakie było założenie ich użycia, ale bynajmniej nic teraz nie pasuje. Ponadto zimą mam wrażenie, że jestem w posiadaniu głównie letnich rzeczy, a latem, że zimowych. W dodatku, nawet jeśli pojawia się w moment, że mam na sobie znośną gorę to nie mam do tego dołu i vice versa. Wiem, w dupach nam kobietom się poprzewracało - kiedyś ludzie mieli dwa zestawy ubrań: to na sobie i odświętne w szafie, a car rozpijał chłopa pańszczyźnianego..Ja to wszystko wiem, ale nie zmienia to mojej obecnej sytuacji.

Koniec tygodnia nastał. W ekspresowym tempie. Jak już nadchodzi ten moment to zawsze sobie myślę, że ten następny będzie już spokojniejszy, normalniejszy. Po czym nadchodzi, a właściwie galopuje następny roboczy tydzień z okrzykiem BONAAAAANZAAAA i wywijając lassem, przytwierdza do stosu papierów na biurku. I nadchodzi piątek, który łaskawie po godzinie 16:00 wypluwa nas skonanych i zdezorientowanych. Tak, wiem. To się nazywa życie i powinnam się przyzwyczaić. Nie ma luzów i nie jesteśmy beztroskimi motylkami. 

O pogodzie nie będę się nawet wypowiadać.


O święta Rito, patronko spraw beznadziejnych! Po wczorajszej wieczornej, swawoli jedzeniowej, jestem utwierdzona w przekonaniu, że śmierć temu, kto wymyślił chrupki. Tortury i porażenie prądem. Chrupki i czipsy są gorsze niż heroina. Po heroinie się przynajmniej chudnie. A po opierniczeniu wielkiego opakowania chrupek chyba wręcz przeciwnie. Brakowało już tylko popicia tego wszystkim colą i sama sobie bym pogratulowała.



wild

Taką mam z rana tradycję, że przed wyjściem do pracy, serwuje sobie kawę i krótki seans przed tvn24. Dziś dla odmiany zaczęłam od animal planet. W sumie to co za różnica. I takim sposobem śmignął mi program o nosorożcach. Czy wiecie jak uciekać przed nosorożcem?

Otóż wbrew pozorom temat jest poważny, bo o ile nosorożec na takiego nie wygląda to ponoć umie popylać dobre 45 km na godzinę. Aby skutecznie uciec przed rozpędzonym nosorożem, należy w biegu rozebrać się do naga. To skutecznie może go zdezorientować. Nosorożec głupieje i nie wie co dalej robić - gonić czy nie. Wydaje mi się, że do pewnego momentu jest to dobre rozwiązanie również w przypadku kłócącej się pary. W trakcie się rozebrać. Nad tą technologią należy popracować, bo czas nie działa na korzyść, ale nad tym to jeszcze pomyślę.


Poza tym to, prowadzimy dziś w pracy bardzo ożywioną dyskusję czy obcięte pazury przednich łapek świnki morskiej to zabieg z serii manicure, czy pedicure? Śmiem twierdzić, że te rozkoszne zwierzęta są jednak cztery na cztery, ale są tutaj i tacy co podpierają się bajkami w których ów stworzenia chodzą zawsze na tylnich łapach, bo w przednich trzymają filiżankę z herbatą. Nie będę dyskutować z faktami.
Już czwartek? To gdzie się podziała środa?! To może kawy? Zapraszam na pogaduchy.





the universe and cucumber

Tak myślę sobie dzisiaj o tym co ludziom wychodzi na dobre i chyba muszę zacząć coś łykać. Może jakieś proszki z ananasa albo coś z chromu, żeby tak wszystkiego nie analizować. Dajmy na to niedziela. Co robiłyście w niedzielę?

Ja normalnie coś tam posprzątam, poczytam. Tym razem planowałam relaks. Włóczykij zresztą też. Dodam także, że zawsze ale to ZAWSZE obrywa mi się za zapędzanie ów osobnika do pracy w domu. Tym razem od rana Włóczykij mył lodówkę. Moim zadaniem było przygotowanie z podwiędłych warzyw posiłki na najbliższe dni. Praca z Ajaxem czystym relaksem..jak mówią. Ja nie wiem, wydawało mi się, że mam nieco inną definicję relaksu, bez detergentów i garów bynajmniej. Odnalazł się za to słoik miodu, uznany za zaginiony w akcji.

A może to wszystko jest spowodowane brakująca masą wszechświata?

Z innych mych rozważań to lubię zapach zielonego ogórka. W ogóle lubię ogórki. Twarde, soczyste i pyszne. Ooo takie małosolne dajmy na to z twarożkiem. Co innego ogórek morski. Wygląda dość ohydnie i posiada zdolność wyrzucenia z siebie żołądka z całą jego zawartością i wyhodowania sobie nowego. Kto by z nas tego nie chciał? Za to we Wrocławiu jest pub ogórek, w którym przoduje właśnie ogórek - mohito ogórkowe, sex on the ogórek. Nie zgadniecie za kogo przebrane są kelnerki..a wystrój obfituje w takie dobrodziejstwa kultury i sztuki:



Nes pa?



Rozmawiają dwie żaby:
- Tyyy, widziałas? Jak ten Francuz się gapił na moje nogi?