School vs. Memory?

NO WIĘC. Dzień nauczyciela powiadacie..

Nie będzie to notka narzekająca na system edukacji. W odróżnieniu od matek przepuszczających swoje pociechy przez kagańce oświaty - mam tylko wspomnienia własne. A te z biegiem czasu ulegają zatarciu.

Z podstawówki to pamiętam nauczycielkę biologi, która mnie nauczyła biologi. Po prostu. I jak tak patrzę to do biologi miałam szczęście przez całe życie. Do innych przedmiotów to już trochę mniej.

Takie na przykład Wychowanie Fizyczne czy fizyka...oooo lub plastyka.

W gimnazjum WF-u uczyła nas wysportowana, żylasta kobiecina, która do dzisiaj budzi moje zniesmaczenie. Kazała biegać sprintem po parku o poranku, na stopień. Zwisać głową w dół z drabinek na stopień. Czołgać się po posadzce na stopień. A, żeby było tego mało, zostałam uraczona przez rodzicielkę corocznymi obozami sportowymi z ów personą. Słowo daję, tarzanie się za karę w piachu o północy i niemożność pójścia się wykąpać, spowodował, że nienawidziłam WF-u. Z powodu WF-u miałam niekiedy nerwicę, zwłaszcza gdy trzeba było grac w koszykówkę z dziewuchami dwa razy większymi ode mnie.* Na całe szczęście w liceum miałam już tylko zajęcia taneczne lub dla odmiany siłownię. Na studia poszłam takie, gdzie WF był nieobowiązkowy lub sprawdzałam czy istnieje wybór zajęć. KONIECZNIE. 

Ach! Plastyka...

Tutaj też miałam ochotę czasem popełnić harakiri. Rzeźbienie w mydle, wyklejanie witraży lub "emocje na ludzkiej twarzy". Byłam dobra jedynie w malowaniu żołnierzy w bokserkach w serduszka. W liceum miałam z kolei nauczycielkę od plastyki, która miała chyba z trzysta lat. W każdym razie nie pamiętam abyśmy cokolwiek na tych zajęciach robili. Kojarzę jednak, że utleniała włosy na biało-blond i malowała usta na amarantowo. Siadała też półdupkiem na biurku w obcisłych złotych legginsach. Nie no. To była bankowo artystka. Jak nic, człowiek wyobraża sobie jej recital na stole w jadalni i 20-letniego kochanka, którego genitalia maluje na ścianie w mieszkaniu. Nauczycielka, nie kochanek.

Polski w liceum miałam z żoną jakiegoś biznesmena, która głównie nie miała czasu stawić się na lekcji, bo jeździła na zakupy i zagraniczne koncerty. 


 Fizykę z babeczką dla której wszystko było "jasne" i "niewymagające tłumaczenia". Stawiała na każdej lekcji jakiegoś biednego delikwenta przed tablicą i kazała rysować sznurek przełożony przez bloczki. Na jednym jego końcu wisiał odważnik, a na drugim małpka albo chłopiec. Zadanie oscylowało wokół rysowania sił działających na jedno lub drugie. Nim się doszło do końca tego równania to już był koniec zajęć. Na fizyce chyba nigdy nie byłam przy tablicy, bo siadałam w ostatniej ławce i znacząco obniżałam się na siedzeniu, ażeby nie kusić losu. 
  
Angielski miałam z trzema różnymi nauczycielami, bo każdy zajmował się inną płaszczyzną dobrodziejstwa. Między innymi był koleś na wiecznym kacu, który na wstępie lekcji, oznajmiał z szyderczym uśmieszkiem, że coś sobie "szrajbniemy". Uwalał wszystkich po kolei, oświadczając, że jak będzie chciało się poprawić ocenę to należy przyjść po zajęciach i zapukać nogą, bo ręce winny być zajęte. 
Kurna… JAKIM CUDEM pozdawaliśmy ten przedmiot, to nie wiem. 


*żeby była jasność, samą koszykówkę uwielbiam. Chociaż bardziej gustuję w hokeju.



6 komentarzy :

  1. ha ha jakie wspominki szkolne :)
    w liceum miałam matematyka, który przez cały rok nie stawiał ocen w dzienniku...zawsze zastanawiało mnie to z czego on później wystawiał ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm...tacy są najlepsi. Zawsze miewałam wrażenia, że ocena jest adekwatna do poziomu sympatii wobec ucznia.

      A własnie mi się przypomniało, jak w gimnazjum na zajęciach z serii wychowania do życia zadano nam standardowe i od banalne pytanie: czym różnią się chłopcy od dziewcząt w wieku dojrzewania?

      Zgłosił się do odpowiedzi jeden delikwent (co ważne syn psychologa):,,Chłopcy często mają zachowanie nieadekwatne do sytuacji, a dziewczynki przejawiają wzmożoną kompetencję zadaniową”.

      Usuń
  2. Ja na w-fie nie ćwiczyłam, bo też nie znosiłam tego 'przedmiotu';> Nie lubiłam jakiejś chorej rywalizacji pomiędzy dziewczynami w grach zespołowych, bałam się pretensji jak nie odbiję piłki itd.;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo to to to:-)
      "Jak mogłaś nie odbić tak prostej piłki?"
      " Nie zawiedź drużyny!"

      Generalnie, z moich przemyśleń wynika, ze można zdobyć wykształcenie POMIMO nauczycieli. Trzeba po prostu przejść przez nauczycieli szczebla podstawowego i średniego jak przez ospę czy odrę – znaczy, żeby nie przeziębić krost i nie rozdrapać strupków, bo zostaną ślady.

      Usuń
  3. ale najlepsze jest to, że właśnie takie różne indywidua pamięta się najlepiej, zawsze twierdziłam, że najgorzej to być nie zapadającym w pamięć bezbarwnym "poprawniakiem" :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No i jak przy tym wszystkim zdobywaliśmy wiedzę i umiejętności? Jakoś się udawało. Polskie szkolnictwo rządzi! ;))

    OdpowiedzUsuń

Po usłyszeniu sygnału..