eat, (pray), love...

Ostatnio kopnął mnie zaszczyt uczestniczenia w szkoleniu z zarządzania sobą w czasie. Po tym fakcie, mam nieodparte wrażenie, że w porównaniu z co poniektórymi Paniami to jestem mistrzem organizacji czasu własnego i osób z mego najbliższego otoczenia. Zarządzam wszystkimi, którzy znajdują się w zasięgu mego wzroku. Powiedzmy sobie szczerze, robię użytek ze swoich zdolności organizatorsko-logistyczno-motywacyjnych. Głównie stosuje motywacje szantażem. 

Nie o tym miało być. 
Głównym powodem marudzenia na owym szkoleniu była standardowo opieka nad dziećmi, zakupy i brak wolnego czasu. Szukając sposobów rozwiązania ich życiowych problemów natknęliśmy się na lodówkę z podłączeniem do internetu. Ponoć jak jest już pusta to cyk-myk łączy się z wybranym sklepem i zamawia na bieżąco potrzebne artykuły. No super, super. 
I teraz myślę sobie, że wychodzisz do pracy, odpalacie komputer na miejscu a nagle okazuje się, że na facebooku czy innym gadu-gadu coś mruga - Twoja lodówka jest online - więc Wy do niej "zamów tofu na kolacje, sok pomarańczowy i cytrynę". Jednak co gdy wda się wirus i rozbestwi nam lodówkę? I dostaniemy odpowiedź "Sorry, nie mam czasu, uprawiam cybersex na hot AGD". Wracacie do domu, a w lodówce gwiżdże wiatr, bo jej randka w necie nie wyszła, więc teraz ma doła. Najgorsze, gdy miała płomienny romans z odkurzaczem spod Krakowa, który zerwał z nią dla mikrofalówki i teraz ma depresję, że w ogóle nie chce się otworzyć. Już widzę, jak Włóczykij nerwowo wali w jej drzwi pojękując "daj chociaż sera".

Nie, chyba najgorzej jak trafi nam się jakaś apodyktyczna sztuka.
Tobie wymarzyła się pizza cztery sery i podwójną rukolą,a ta zamówiła serek wiejski light, otręby żytnie i pastę z makreli, bo uważa, że właściciel się źle odżywia. Ooo albo chcemy napić się wina, a tu tylko maślanka, bo małpa doszła do wniosku, że mamy zadatki na alkoholika. Do czego to może dojść, jak człowiek będzie musiał kitrać swoje nawyki żywieniowe nawet przed lodówką...

Idę dalej pracować!
G'day


PS. Rogal świętomarciński..

W ogóle nie miałam nigdy przyjemności skosztować. Dopiero Włóczykij mnie nawrócił i wyjaśnił idee. A wszystko co słodkie, przekonuje mnie ideologicznie w mig. Problem w tym, że nigdzie nie mogliśmy ich namierzyć. Były takie jedne w Piotrze i Pawle, wyglądały kusząco ale rozmowa z hostessą nie przebiegła pomyślnie
W.: J. każdy rogal kosztuje po 6 złotych.
J.: a skąd ta cena?
W.: Pani mówi, że mają jakieś specjalne certyfikaty.
J.: niby jakie?
W.: to my podziękujemy za rogale i weźmiemy jakieś bez matury.

Powiedźcie, dobre są?









5 komentarzy :

  1. hihihihi:) padłam z tekstu o sprzętach AGD ;)
    a rogala Marcińskiego tez w życiu nie jadłam, słyszałam o cenie, luksus i tyle:)

    OdpowiedzUsuń
  2. uwielbiam gdy czas przecieka mi między palcami,..... i niech tak zostanie
    ad PS. Ja też nie zidiociałam, jedliśmy własnoręcznie wytworzony świętomarciński sernik, całuski

    OdpowiedzUsuń
  3. też nigdy nie jadłam rogali, ale ponoć przepyszne! :)
    koleżanka z pokoju właśnie opowiadała jak wcinała,aż jej się uszy trzęsły ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. studiowałam w Poznaniu, wiec rogale były na bieżąco- dobre są, bez dwu zdań, ale najlepsze oryginalnie w Poznaniu, na Św. Marcinie ( ulica taka) wiec zachęcam do wycieczki. Generalnie są tak słodkie, że jeden dla dwojga wystarczy z przytupem ;-))

    OdpowiedzUsuń
  5. A mnie te rogale nie podchodzą, za ciężkie i w ogóle takie ble, bo ja za makiem nie przepadam.
    Natomiast nasza człowiecza przyszłość nie maluje się różowo, jeśli takie mądralińskie lodówki i inne sprzęty wejdą, no już mamy smatfony i widać, co z ludźmi porobiły, nic bez nich zrobić nie potrafią ;)

    OdpowiedzUsuń

Po usłyszeniu sygnału..