let it snow

Sen miałam kosmicznie straszny ("Obcy ostatnie starcie" to przy moich Pszczółka Maja), ale najgorsza to już była pobudka. Zdrętwiała mi ręka, serce walki po tej nocnej masakrze. Oho - myślę - będę miała zawał. Czytałam gdzieś, że tak to się objawia. No to leże i czekam. Czekam, czekam, głównie na to, aż Włóczykij się zorientuje, że nie wstaje. I nic. To wstałam.

Wyszłam na dwór, a tam jeszcze gorzej. Wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. No śnieg padał. Pojedyncze płateczki, ale niezaprzeczalnie. #%#^$&.Ja wiem, myślicie sobie pewnie " a co ona się tak dziwi?". Nie wiem, jakoś tak chyba miałam cichą nadzieję, że tegoroczna zima pójdzie bokiem. A do tego robię plik w folderze "grudzień". Co to kurde ma znaczyć? Dopiero co styczeń był. Gdzie ten rok się podział? I gdzie ja wtedy byłam?! Aczkolwiek wydaje mi się, że wiem gdzie ten rok jest. Rok temu zamieszkałam z Włóczykijem. Obiady, więc zaczęłam gotować, bo żywić się jogurtami to już nie wypada. Gdybym zmierzyła obwód siebie dziś i sprzed dwunastu miesięcy i wykonała proste działanie matematyczne to ON BY TAM BYŁ. TEN ROK. CHOLERA.

No nie wiem, mnie tam dzisiaj należy obchodzić po okręgu, bo moje iczingi z fengszujami nie są kompatybilne i mogę być w efekcie nieprzyjemna.



4 komentarze :

  1. pisz codziennie, rano i wieczorem, ok? bo nieodmiennie chichoczę przy Twoich postach. uwielbiam je:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to mi zadanie dałaś, ja nie wiem czy moje życie jest aż tak ciekawe by o nim tyle pisać;-)
      To miło jednak słyszeć:-)

      Usuń
  2. u mnie też troszkę sypnęło :)
    wesołego weekendu :)

    OdpowiedzUsuń

Po usłyszeniu sygnału..