what

Świat potrafi jednak zaskakiwać. W sumie to dobrze. No i nie tyle świat, co ludzie żyjący na tym świecie, ale do brzegu. Mamy z Włóczykijem system kar. Tak, moi mili Państwo. Jest on pięknie udokumentowany na ścianie i składa się z dwóch kolumienek. Ja płacę za przejęzyczenia i nieścisłości w mym języku. Włóczykij, wyskakuje z gotówki, gdy mu się coś niecenzuralnego wypsnie między słowami. Moje karne złotówki idą na organizacje prozwierzęce, a Włóczykija na nasze skromne dziewczynki. 

I tak sobie dzisiaj siedzę i obraduje przed monitorem, co to by nasze dziewczynki mogły ciekawego otrzymać. Początkowo myślałam o jakiś eko-woreczkach na odchody. Psie, żeby była zupełna jasność i klarowność sytuacji. Obecnie stosujemy zwykłe, najprostsze, ale może by tak jednak jakieś biodegradowalne? No wiecie w końcu eko-moda rozlewa się na wszystkich płaszczyznach. No woreczków w Internecie cała masa. Przeróżne kolory i wzory. W serduszka, łapki i zajączki. O zapachu morskim lub lawendy. Jakieś z wypustkami i samozatrzaskowe. Bardzo słuszna idea, doprawdy. Cudnie,, że można sobie tak urozmaicić tą przyziemną czynność. 

Nie może być jednak aż tak pięknie i pożytecznie, bo od jakieś siódmej strony zaczęły się opakowania na woreczki. Etui, tak zwane. Rozumiecie? Puzdereczko takie, co to komuś można zakupić i wmówić, że to kopertówka. Tak, czy owak można je zakupić od razu z woreczkami, albo bez. Jak, kto woli. Wybór równie imponujący, jak tych woreczków. Plastikowe, metalowe z rączką lub grawerunkiem. Jak brelok, dopinka do smyczy, plecaczka dla psa lub saszetka do obróżki. W stylu sportowym i z kieszonką na przekąski, lub eleganckim - złote z cekinkami, kokardkami lub koronami. Przypomnę, gdyby ktoś się po drodzę zagubił w narracji: etui - na - woreczki- na - psie - kupy. 

I teraz winien nastąpić wywód z ekonomii, że jeśli jest popyt, to jest i podaż. A jak popytu nie ma? To należy go stworzyć. I słowo daje to działa, bo przez chwilę, ułamek sekundy, zastanawiałam się, że w sumie to nie mogę nosić tych woreczków, jak jakiś nieuświadomiony ciul. Wprawdzie mamy sakiewkę czarną przyczepioną do smyczy, ale czy to przypadkiem nie jest passe? Nie chciałabym aby moje dziewczęta na mieście nie miały gdzie oczu podziać z tego wstydu. 

Dobra, wynagrodzę dziewczynkom brak modnego pokrowca na woreczki, pasztecikiem. 

PS. A miska spowalniająca jedzenie? Super gadżet, pytanie komu by się przydał bardziej - psu czy ich właścicielom. Był też wideofon ze smakołykami, czyli jesteś w pracy, łączysz się z psem twarzą w pysk online i za pomocą aplikacji na telefonie aktywujesz jakiś schowek w tym urządzeniu, co to wyrzuca czekoladki. Chociaż, jak mam być szczera to dużo bardziej podoba mi się TO. Zawsze uważałam, że one też muszą po sobie sprzątać, a fakt, że oprócz mopików są też szpachle do odśnieżania podwórka w ogóle robi wrażenie!

A jeśli myślicie, że dziewczyny dadzą sobie za friko zrobić ładne zdjęcie to jesteście w błędzie. Materialistki male!




it

Hoduję od dwóch dni rzeżuchę (zaklinam wiosnę). Rośnie jak wściekła, ale za to ją uwielbiam. Tylko żeby jeszcze tak dużo nie piła, bo jak wracam z pracy to zdaje mi się być w lekkiej delirce. Polewam jej często, a skoro już jej leje, to i sobie też. Przecież nie będzie tak sama piła, jak dorożkarz. To by było nieuprzejme.

Włóczykij zażyczył sobie warzywne pasztety we większej częstotliwości. Przygotowuje się do tego wydarzenia na weekend. Zakasałam rękawy i będę szukać nowatorskich przepisów w otchłani mej pamięci. Przydałby się jakiś ekskluzywny przepis na pasztet z burakami, bo mam takowe w nadwyżce (i z towarzystwem orkiestry symfonicznej Polskiego Radia)

TYMCZASEM. 
W pracy mam dwudniowy STRASZNY, POTWORNY zapiernicz. Najstarsi Górale nie pamiętają, kiedy człowiek ostatni raz tak hasał - może przed wojną i to jeszcze rosyjsko-japońską. Wczoraj przez cały dzień biegałam z pismami, jak ten deszcz meteorytów -  w te i nazad. Dzisiaj z kolei sam prawniczy bełkot i gonitwa za radcami. Drażliwa dzięki temu jestem niesłychanie, że normalnie będę musiała sobie iść kupić jakieś pojemniki na organizacje miejsca w szafkach. Bardzo piękne. Nie wiem czy bez nich przeżyję. Najprawdopodobniej nie.

A skoro już o prawnikach była mowa, to wiecie czemu prawników chowa się cztery metry pod ziemią?
Podobno w głębi to oni są dobrzy.


A z pozytywnych myśli dnia:





changes

Muszę się przyznać, że ostatni okres jest taki, że najchętniej spędzałabym czas tylko z moimi psami, niż ludźmi. W pracy jeszcze chwilę, a zaczną egzorcyzmy, aby mi Panią Bozię do serduszka wprowadzić, ale nic z tego! Jestem w takim momencie życia swego, że równie dobrze mogłabym być jakiś glonem, albo porostem. Obojętnie. Istnieć sobie w jednym miejscu. O dajmy na to takim chrobotkiem reniferowym. Większość podejmowanych działań wydaje mi się całkowicie bezsensu. Nawet mech zdaje się być zbyt ekstrawagancki i zbyt aktywny. 

A tak poza tym, to nastąpiła redystrybucja majątku, a co za tym idzie nastąpiły zmiany wnętrzarskie. 

Teraz jest tak


A z tymi krzesłami to w ogóle dłuższa  historia. Plan był prosty miały być różnorodne i ekologiczne - czyli używane. Oczywiście Włóczykij postrzega to pojęcie w wersji rozszerzonej, czyli można było je też znaleźć -  na śmietniku dajmy na to. Trochę mi czaszka eksplodowała na myśl o tym i ledwo sobie przypomniałam jak się nazywam, ale jeszcze nie wiedziałam co mnie tak naprawdę czeka.

Dwa krzesła zostały odkupione - jedno z plajtującej restauracji, drugie przez 80 lat kwitło na czyimś strychu. Znajduje się na nim autorska dedykacja do kogo wcześniej należało i przy jakiej "Strasse" ów "Frau" mieszkała. Mam nadzieję, ze nie wiąże się z tym krzesłem, żadna mroczna opowiastka. Liczę też po cichu, że wstając w nocy nie zastanę na nim siedzącej staruszki, z czerwonymi oczyma, krzyczącej do mnie po niemiecku, że ją okradłam. Trzecie krzesło stało samotnie na środku chodnika. Właściciela brak, a Włóczykij żarliwie walczył abyśmy je przygarnęli. Na nic zdały się moje zapewnienia, że na pewno jakiś pijak będzie go szukał. Ba! Tęsknić będzie, a my nie możemy im tego zrobić. Toż to porwanie. Nie, nie udało się. Odkąd żyję nie pamiętam, abym tak marudziła pod nosem, gdy wlokłam się za pląsającym Włóczykijem - dumnym ze swojego znaleziska.To musi być miłość - nie wiem jeszcze tylko, która jest silniejsza: Włóczykija do krzesła, czy moja do Włóczykija.

Krzesła zostały umyte, wyczyszczone, przemalowane, a tapicerki wraz z siedziskami całkowicie wymienione. Egzorcyzmy też odprawiłam, żeby nie było. Miejmy, więc nadzieje, że okażą się wystarczające.




  
Wracając do tematu...
Regał został zamówiony na wymiar, po czym partyzancko wymalowany


Jak widać, mój kącik nieco się zmienił, bo wcześniej było tak








happily ever after

Drogowskaz w sytuacji kryzysowej. 
Nie szukałam tutaj rad czy pocieszenia, a może jedynie odrobiny życiowej mądrości, 
która przebija się przez doświadczenie innych.









.

where is the sun?

Stwierdzam, że moje życie jest zasilane baterią słoneczną. Zazwyczaj od października do grudnia, ciągnę na rezerwie z lata. Niestety od stycznia przypomina to już raczej marną wegetację. Owszem, wstaje rano, choć niechętnie otwieram oko. Zdarza się, że i pranie wstawię i rozwieszę, ale to raczej drgawki tudzież odruchy pnia mózgu niż świadome działanie. Nie wiem co robią Finowie, czytałam kiedyś o grupach wsparcia, ale wiem, że mieszkańcy arktycznej Kanady ponoć z braku promieni słonecznych jedzą wątrobę fok. A może to wieloryby były. Tak czy owak, czym człowiek ma się ratować jeśli brak mu czasu na grupę wsparcia, a za foką biegać po zoo nie będzie?

Powiedzmy też sobie szczerze, że to co czasem wychodzi zza chmur, to koło słońca chyba nawet nie stało. Bardziej przypomina to machnięcie po twarzy jarzeniówką. Ja mówię o braku SŁOŃCA, padającego pod odpowiednim kątem, natężeniem i o odpowiedniej barwie.

Reasumując: do marca mam przerąbane, jakieś sugestie?

W dodatku, dziś w nocy znowu miałam pobudkę o 3.00, ze względu na uprzejmość mojego zęba. A raczej jego braku. Pierwszą informacją jaką poczęstował mnie fejsbuczek to była reklama koszulek drukowanych w 3D. No piękne, tylko zwierząt nie było tych co chciałam. Gdzie wydry i zebry, ja się pytam?! Bliżej poranka miałam już dość życia, ale za to śniadanie Włóczykijowi zrobiłam. Do pionu sprowadziła mnie też Tara, bo szósta nie szósta, dawaj mi tu pańcia jedzenie, a nie jakieś internetowe srety czytasz!

Obok "po co światu mężczyźni" zaczęłam czytać "Plan na życie: żyć długo i szczęśliwie". Czyta się lekko i przyjemnie, a fabula wciąga. Tylko czy rzeczywiście każda się zgodzi z zasadą, że "jak facet mówi, że nie chce dzieci, to znaczy, że ich nie chce. Wiej, więc dziewczyno"? Hm....ustalmy, że posiadanie dzieci nie jest porównywalne z kupieniem nowych spodni. Każdy się może lękać, ale żeby tak od razu wiać? No nie wiem. 














restaurant

A myślałam, że nic mnie już nie zdziwi, a jednak nie mów hop kobieto. Jakby ktoś z Was był przypadkiem na Tajwanie to jest tam taka restauracja, która nazywa się "Modern Toilet Restaurant". Zamiast krzesełek siedzi się na sedesach, które pokryte są różnokolorowymi deskami. To nie dosyć udziwnień, bowiem jedzenie dostaje się w miniaturowych muszlach klozetowych. Dla przykładu lody czekoladowe mają również adekwatny kształt. Jak macie potrzebę urealnienia wizji tych lodów to zapraszam: TU 
Ciekawe, czy można przewijać tam niemowlaki na stołach.

A wnioski z obecnego tygodnia mam takie, że więcej nie dam sobie wyrwać zęba. Człowiek ma potem obniżone aspiracje życiowe, pt. "zaszyć się gdzieś w norze i kwilić do utraty tchu".

 







today

Drogie Moje, u mnie zupełnie nic nowego. A przynajmniej nic spektakularnego. Pies, rachunki i ból głowy.

Tara, przecięła sobie swego czasu dość brutalnie opuszkę, ukazując mym oczom pełnie mięsa. Codziennie przeżywam drobne epizody z ostrego dyżuru. I mimo, że wszystko się pięknie goi, to podczas ostatniej wizyty u weterynarza miotała się najbardziej ze wszystkich oczekujących. Narobiła takiego rabanu, że trzeba było jak najszybciej wyprowadzać na zewnątrz. Ponadto od kiedy człowiek bawi się przy niej w pielęgniarkę to odzyskała apetyt (utracony na całe 48h) i najchętniej jadłaby w systemie:  śniadanie, drugie śniadanie, lekka przekąska, branczyk, lanczyk, pierwsze danie obiadowe, drugie danie obiadowe, podwieczorek, kolacja i oczywiście podkurek. Moje maleństwo.


Poza tym , to zaczęłam dzisiaj nową lekturę pt.: "Czy światu potrzebni są mężczyźni?", Pana Leona Wiśniewskiego. Styl i warsztat podparty naukowymi badaniami może i robi wrażenie, ale człowiekowi może się też w środku zagotować od tych faktów. W sensie przygotuj się czytelniku, będzie jadka, bowiem pierwszy rozdział ma uzmysłowić, że zupełnie naturalnym procesem życiowym jest niewierność mężczyzn, a monogamia to wpojony nam religijno-kulturowy obrządek. Poza tym jesteśmy jednym z trzech gatunków (zaraz obok plusk i much) który w toku ewolucji powiązał akt płciowy z pożądaniem. 

Trochę #niewiemcootymmyslec. Obawiam się dalszych rozdziałów.

Na koniec ogłoszenie parafialne:

Zapraszam do udziału w organizowanym Bazarku na rzecz Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami we Wrocławiu. Można nie tylko wziąć udział w "licytacji" przedmiotu, ale również przekazać coś na rzecz potrzebujących zwierzaków. Szczegóły w opisie wydarzenia: Bazarek
Jakbyście miały pytania, uwagii, sugestie piszcie :-)





committed

Czy widzieliście kiedyś cypryjską produkcję filmową? 
Egzotyczna muzyka, widoki, kamera, scenarzysta i para urokliwych aktorów. Dawno nie odpoczęłam tak na filmie. Nawet jeśli pokuszono się o posługiwanie łamaną angielszyzną.


life

Będzie o ptaszkach dzisiaj.
(prawdziwych, małych puchatych zwierzątkach!)

Jako, że dokarmiam namiętnie ptaszyska z okolic, mogę stwierdzić z całym przekonaniem, że karmienie tygrysa byłoby dużo bardziej ekonomiczne. Rano, gdy wysypuje całodzienną porcję to muszę uważać, żeby nie oberwać rozpędzoną sikorką lub wróblem, tak się rozbestwiły. Następnie przez pół dnia odprawiają orgie, tarzając się w ziarnach oraz szarpiąc słoninę. Mają takie małe wzruszające dziobki i głosiki. I wszystko fajnie i pięknie, ale gdzie sikorki w stanie wolnym pozyskiwały słoninkę? Przecież nie napadały na świnie.

Świat jest przerażający. To taka jedna wielkie restauracja. Straszne.

Na domiar złego, pralka mi chodzi po łazience. Znowu. Stara też chodziła i źle skończyła w ostatecznym rozrachunku. Nowa sądziłam, że będzie inna. Do tej pory pięknie stała w miejscu, a jak tylko już ją spłaciłam to postanowiła zołza ruszyć i zwiedzać. Nie wiem czy wybiera się do kuchni, na balkon - dotlenić się, czy może na dół, zwiedzić okolice. Równie dobrze mogła naoglądać się Disneya o uciekających tosterach. Kiedyś było coś w telewizji o jakieś figurce kościelnej - Bóg jeden raczy wiedzieć gdzie to jest - że jak dojdzie do jakieś tam granicy to nastąpi koniec świata. Nie wiem czy Majowie to przewidzieli. Póki co obserwuje zjawisko w swojej łazience. Dopóki pierze i nikomu nie dzieje się krzywda to niech sobie chodzi. Raz na jakiś czas podchodzę do niej czule i odprowadzam ją na swoje miejsce pod ścianą.




still alice

Codzienna walka w imię własnej godności, gdy każdego dnia choroba postępuje, 
odbierając możliwość normalnego funkcjonowania. Obezwładnia.