monday

No wiec: od rana bardzo śmiesznie. Na spotkaniach panie z dużymi biustami i ja. Biusty dodaja im dostojeństwa oraz, z uwagi na zagarniecie sporego kawałka przestrzeni, poczucie opanowania większego terytorium. Takie publiczno-administracyjne Falklandy. Mi za to klimatyzator dmucha w plecy, nerki sobie przeziębię jak nic. Dla rozładowania atmosfery Wszechwładny rozpoczął spotkanie, drobnym żarcikiem:

Rozmawiają dwie żaby:
- Tyyy, widziałaś, jak ten Francuz się gapił na moje nogi?

Falklandy rechotały jak oszalałe, a mnie po 15 minutach wizualizowania sobie mojej osoby z książką na hamaku ogarnęła SENNOŚĆ. Cierpię na permanentny stan niewyspania. W domu chodzę spać o ... nie przyznam się. Powiem tylko, że wiadomość od znajomej wysłana po 21:46 wyrywa mnie ze snu. Jest to taki pierwszy etap drzemki, ale zawsze.

W pracy czeka nas sprzątanie lodówki. Jak sięgałam po zapomniany jogurt to pomidor szefowej przemówił do mnie ludzkim głosem. Obiecał, że jak go wywalę to spełni moje trzy życzenia.

Na razie tylko jedno przychodzi mi do głowy. Chcemy kupić samochód, tylko nikomu nie chce się go szukać. Mógłby znaleźć się sam. Obiecuje dbać o niego, dać mu imię i wyprowadzać go na spacer. Obawiam się nawet, że zacznę wychodzić wtedy z domu w systemie psa Szarika czyli "do wozu" i "z wozu". 


why

Dlaczego nikogo, w ogóle nie zastanawia, ani nie dziwi fakt, że MAJ rymuje się z zadumaj, skumaj, pokimaj i WYTRZYMAJ i jakie są tego konsekwencje?


Nie skończyłam jeszcze "Trafnego Wyboru" J.K. Rowling, ale zaczytałam się w "30 dniach do zmiany" E. Zając. Jestem na 7 dniu i póki co tylko sprzątam, a co!

morning

Jestem wybita z rytmu, miałam stresujący sen i ciężko jest pozbierać myśli. Uprasza się zatem o cierpliwość i wyrozumiałość na tle czytelniczym.

Było tak: zostałam wezwana na rozmowę do Sarkozego, który nie chciał mi wierzyć, że ja nie gawędzę po francusku. Ja tylko filmy francuskie mówię, ale nie wiele zapamiętuje z ich rodzimego języka. Niestety był tak upierdliwy w tym swoim niedowierzaniu, że obiecałam nauczyć się po francusku. Miałam gdzieś w rejony Prowansji jechać. Zdenerwowałam się, bo jak się dogadam, skoro znam tylko "bonjour" i "merci"?

Co poza tym?

Powinnam iść do fryzjera ściąć ten pszenny łan włosów mych. Obecnie wyglądam jak ukraińska niewiasta, wyczekująca powrotu brata z wojny rosyjsko-japońskiej. Po prawdzie to nie lubię jednak chodzić do kosmetyczki, fryzjera i masażystki. Nie dają kontemplować w spokoju tylko cały czas trajkotają. Nie trzeba. Na prawdę!

Inna kwestia to lubię wstawać z samego rana np. o piątej, a w weekend o szóstej. Sama z siebie. Może byłam w poprzednim życiu mleczarzem. Włóczykij za to mógłby spać do oporu. Pewnie musi być w życiu jakaś równowaga. Gdyby każdy wstawał o takiej piątej to Ziemia by się przewróciła. Włóczykij czasami usilnie stara się towarzyszyć mi w tych weekendowych porankach. Obserwuje wtedy spod koca, jak popierniczam jak diabeł tasmański po domu, a za mną Tara. Czasami przy nim przysiądę, nie powiem. Jednak nosi mnie i podryguje. Też tak macie? Jak spędzacie weekendowe poranki?







after

Jeśli mam wybierać pomiędzy sprzątaniem, a czytaniem to wolę poczytać. Problem w tym, że wszechświat nie popiera mej decyzji i przez weekend trzy razy coś się wysypało, zmuszając mnie do odkurzania. Czekałam już tylko, jak jakiś pająk wpadnie do chałupy galopem z rozwianym włosem. Tak więc, weekend pełen wrażeń. Wyszliśmy o 10:00 a wróciłam o 24:00. Sama. I żeby była jasność: dla mnie dwunasta w nocy to głęboka noc. Zrobiliśmy chyba z 600 kilometrów. Ubrałam balerinki sądząc, że będzie miło i przyjemnie. Nie było. Dziw, że noga mi nie odpadła. Piękna Pogoda też okazała się być większą ściemą.

Ommmm, zen, henna, ikebana, paprykarz szczeciński.

A, że była w tym czasie noc muzeów to w ramach zajęć indorowych mieliśmy:
- mężczyzn pijących piwo,
- lepienie z gliny w fatalnej kolorystyce
- był wykład o tym, jak się tapiceruje stare krzesło
- muffinki i bliny litewskie

Na zakończenie miłego wieczoru wróciłam przemarznięta taksówką do domu. Nie poszłam spać. Gotowałam  yorkowi jedzonko, który to miał akurat boleśni brzucha.




No dobrze, a teraz do pracy ze śpiewem na ustach:

Tyle słoni w całym mieście,
Nie widziałeś tego jeszcze – popatrz, o popatrz!
Spacerują ulicami,
Obejmują się trąbami – popatrz, o popatrz!…

...

Wchodząc do domu, potykam się o buty. I nie są to moje buty! Jest to dość ciekawe zjawisko, bowiem to ja mam więcej butów od Włóczykija. A jednak to o męskie buty notorycznie się potykam. Kaman, jest jeszcze miejsce w szafie, widziałam. Zasada jest jasna, wyrzucasz jedną parę - robisz miejsce dla trzech nowych. Espandryle idą pocztą (śliczne ze słomianym podbiciem), więc dwie inne pary można jeszcze wepchnąć tu i ówdzie. Tylko co to znaczy wyrzucić buty? Czy jest jakiś klucz postępowania? I co to znaczy "a czy Ty w nich chodzisz?" Są takie co to nie widziałam ich na swych stopach ze dwa lata, liczy się?

Największy dylemat to jest ze swetrami. Za każdym razem, gdy widzę taki z 2008 r., stwierdzam, że jest boski i na bank będę w nim chodzić. Czasami wyprowadzam się nawet z nim na spacer. I to tyle. Pozbycie się ciuchów to dla mnie oksymoron. Taki czasownik nie istnieje w połączeniu z ciuchami.   

Zastanawiam się, czy nie negocjować z Włóczykijem: "Kochanie, wiesz jak bardzo Cię kocham, prawda? A czy byłbyś tak uprzejmy i wyrzucił część swoich ubrań, gdyż potrzebuje Twojej szafy. Moja miłość wszystko zrekompensuje, nawet jak będziesz chodzić na okrągło w jednych spodniach i koszulce, gdyż mi się bardzo podobasz". Myślę, że mogłoby to przejść, bo mężczyźni chyba nie przywiązują wagi do ciuchów. Chociaż sądząc po tym ile razy Włóczykij jest się w stanie przebrać przed wizytą u teściów to mogę mieć większy problem.

No więc, TAK TO WŁAŚNIE WYGLĄDA. Ciuchy wypadają z szafy, a ja potykam się o buty Włóczykija. A może by tak chować je do lodówki? W końcu są tam półeczki.

PS. A czy chwaliłam się już ogródkiem warzywno-owocowym na mym balkonie? Człowiek śpi, a tam mu szczypiorek czosnkowy, pietruszka i oregano rośnie. Poza widocznym nic jeszcze ciekawego nie urosło, no - jeszcze trochę rzodkiewka, bazylia, cukinia i sałata





Dobra idę poczytać horoskop, bo nie wiem jak mi się dzień zaczął.

what's now?

Staram się, aby to co mnie ostatnio wkurza zarosło, tak powolutku.Mimo to, trochę się denerwuje, a trochę sobie tłumaczę, że to bez sensu. Ale weź się człowieku nie denerwuj, kiedy co chwile pojawiają się kwiatki w stylu: chodź, doradzę Tobie, jak żyć. Albo kiedy oczekuje się szczerości, a po jej otrzymaniu jest się obrażonym. A już najbardziej wkurza mnie, jedna frakcja: rodzina. Z tych więzów zawsze wychodzą największe dziwactwa: gdy jedni się obrażają, to drudzy nie rozmawiają z trzecimi, więc Ci pierwsi zapominają o kulturze i okazuje się, że tworzą front z trzecimi. Thank you, good night.

W radiu mówili, że w Polsce wystąpi w tym tygodniu zjawisko trąb powietrznych. Dla przykładu podano, że w Stanach Zjednoczonych występuje ich średnio 1500 w roku. I teraz tak się zastanawiam, którędy to wszystko u mnie wyjdzie, bo może to na mnie należałoby mówić per "tornadziątko". Atakuje chyba z podobną częstotliwością i to zwłaszcza o poranku, kiedy to Włóczykij jeszcze nie zdąży odlepić powiek, a już ma wbite żądło w czoło. Przynajmniej krew mu dobrze w żyłach krąży. Gdybym mu tych afer nie robiła to by krew się zastała, a tak to ma to krążenie dobre i czuje, że żyje. A ja jadę dalej.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że mi to nic nie pomaga. Nie czuje się lżej. Może powinnam iść do księgarni i kupić sobie 3486756 książek i wyjechać do jakieś puszczy i cały dzień leżeć na trawie. Chociaż nie, to by wymagało wyjścia z nory. Fotel jest wystarczający. A więc, siedzieć w fotelu i czytać te wszystkie książki. A potem wrócę do domu i kupie sobie papugę, którą nazwę Hermenegilda. I dalej będę czytać. A jak się skończą to pójdę kupić następną partię. Będę tak czytać, a mój mózg będzie efektywnie spalać kalorie. To będzie niczym tur de frąs.

A może bym coś zbiła? Tylko, co?!





monday

Słońce grzeje, jest pięknie. Jak słońce wychodzi to od razu w miejscach pożytku publicznego pojawiają się pary mieszane. Ich aktywność kończyn górnych, przypomina wyjątkowo wkurzoną ośmiornicę odklejającą się od szyby. Ostatnio miałam okazję jechać z dość rubaszną parą. Ona wysoka blondynka, korpulentna z ładną buzią ale niszowym poczuciem smaku (czyt. znajomość czyjejś bielizny mało mnie interesuje). On, najwidoczniej fan hip hopu o połowę mniejszy od niej we wszystkich możliwych kierunkach. Wił się wokół niej radośnie, wydając z siebie egzotyczne dźwięki jedzonej łyżeczką galaretki.

I nie zrozumcie mnie źle. To nie tak, że oceniam ludzi po wyglądzie. STARAM się tego nie robić.Nie zawsze jest łatwo, umówmy się. Choćby taka społeczność dziewuszek, co to golą brwi na poczet kresek - duże wyzwanie tolerancji, przyznacie mi chyba rację.

Dobra, ta para na pewno jest mega fajna i czyta Prousta. A ze mnie żaden znawca fizjonomiki.
Chociaż, czy nie uważacie, że z wiekiem charakter wychodzi człowiekowi na twarz? Z biegiem czasu pojawiają pewne nabyte elementy. Nie chodzi mi tylko o zmarszczki, aczkolwiek te również sporo mówią o właścicielu. Życzliwa i uśmiechnięta Pani, pomarszczy się inaczej, jak wkurzony na cały świat gnom. Dlatego nie umiem przekonać się do jednej z kierowniczej w mej instytucji, która wygłasza prawdy ogólnoludzkie i uważa się za najinteligentniejszą niewiastę pod słońcem, jeżeli z twarzy patrzy jej $%^$& tudzież świńskimi oczkami. Człowiek nie rodzi się z nimi. Na nie trzeba należycie zapracować.

Rzekłam ja.