long time

Trochę czasu minęło. Pomyślmy co u mnie. Chyba doprawdy nic spektakularnego. Żadnych skandali, rozwodów. Na wakacjach byłam, długich. Przerwę w pracy miałam jeszcze dłużą, bowiem zaraz po urlopie mój organizm postanowił mnie przeczołgać zapaleniem wirusowym. O wakacjach już niemal zapomniałam.  Tak szybko mijają. Zdałam sobie przez ten okres, że wegetarianizm jest zjawiskiem abstrakcyjnym i wnoszącym popłoch. Trzy tygodniowa podróż po wschodzie Polski, Mazurach i Mierzei to dużo, aby w to uwierzyć.

 
 


 

Mieszkając w dużym mieście i otaczając się ludźmi dietetycznie mi pokrewnymi nie nabrałam na podróż zapasów. Założenie było proste – próbować kuchni regionalnej, wszak potrawa bezmięsna na pewno się znajdzie. I tu pojawiły się schody - kręte i długie. Ciężko się nacieszyć wyjazdem jeśli przez większość czasu szuka się pożywienia. Przesadzam? Jak długo jesteście w stanie jeść pierogi ruskie i pizze, przekąszając kluskami śląskimi ale bez sosiku, bowiem mięsny lub na mięsie? No to może makaron, chociaż? Prawda jest taka, że makarony jest to jakaś moja mała miłość, zwłaszcza, że Sophia Loren deklaruje, że swoją figurę zawdzięcza makaronom. Audrey Hepburn codziennie jadła makaron, więc może każdy winien wyciągnąć jakieś wnioski… Ale umówmy się trzy posiłki dziennie przez trzy tygodnie to dostatecznie długo aby zniechęcić się do dań mącznych. Lato było! Chciałam wymyślnych sałatek, czegoś lekkiego, finezyjnego!




Brak wydzielonych sekcji dań wegetariańskich w menu restauracji było pierwszym sygnałem, że będzie konflikt interesów. Wertowanie listy dań stało się wyzwaniem (posiłki bezmięsne znajdywały się w sekcji „dodatki” no to przecież logiczne, że mogę jeść ryż), tak samo jak przepytywanie kelnerów. Dzięki temu człowiek wiele dowiaduje się o sobie. Nie jestem hejterką, wbrew temu co ktoś może pomyśleć. Chciałam po prostu zjeść coś zdrowego, bogatego w sezonowe warzywa, owoce. O tofu, ciecierzycy przestałam już nawet marzyć. O zgrozo pojawiały się miejsca, które pomimo określenia „wegetariańskie” takowymi nie były, bowiem elementy potrawy smażone były na gęsim tłuszczu. W trzecim tygodniu podróży pojawił się dodatkowy element, który wpływał na wybór lokalu. Dołączyła do nas Tara. Wegetarianka w podróży z psem – powinno to być nazwą kursu surwiwalowego. Pamiętam miejsce, które podczas Mazurskiej podróży reklamowało się, jakie przyjazne zwierzętom. Ku naszemu zaskoczeniu ściany tego miejsca były obwieszone głowami dzików, saren i innych leśnych zwierzyn. W menu była jedna pozycja wegańska, która nie była serwowana przez kuchnię, a kelnerka szukając pomysłu na danie bezmięsne (inne jak pierogi ruskie) zapytała czy szynka też musi zostać wykluczona. Po powrocie do domu rzuciłam się na rukole i ciecierzyce jak wyposzczona emigrantka i postanowiłam zabierać ze sobą duże zapasy i koc aby móc zjeść na świeżym powietrzu – nawet jeśli miałabym przegryzać surową marchewkę.
























Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Po usłyszeniu sygnału..