walk

Nie wiem, jak u Was ale u mnie niedziela minęła pod znakiem flaneli, skarpetek, herbaty i książek. 
Spacer z psami był, a i owszem. Zmarzłyśmy. Zwłaszcza ja i Effie. Na drugi raz, gdy ktoś zaproponuje mi spacer w zimie, po ciemku i w deszczu to siorbnę herbatę, poprawie dresy i opowiem to Effie. Też się uśmieje dziewczyna. 

Ustaliłam z nią wieczorową porą, że na spacer wybierzemy się w okolicach czerwca. 



dinner

Ugotuje obiad a Ty sobie usiądź i odpocznij. Od tych słów robi mi się słabo.
Właściwie mogłabym się położyć ale grad pytań:
"myślisz, że bardziej podsmażyć te warzywa?",
"zobacz wrzucać już ta kaszę, czy za chwilę?",
"a czym można to przyprawić?",
"mogłabyś dać mi liść laurowy?",
"a co to jest? wiesz, że mamy dwie paczki?"
"ile tego wrzucić? wszystko?"
"myślisz, że zmieści się?"
"gdzie jest pokrywka od garnka?"

Nie stanowi to problemu. Problemem jest moja wizualizacja blatu i tego, jak będzie wyglądał po tym, jak mój ukochany dokona kulinarnego przełomu jednogarnkowego dania. Wolałabym aby T. pichcił jak nie ma mnie w domu, bo ja widzę jego kulinarny zapał to mam ochotę wyjechać. Najlepiej na miesiąc. 

ale pęczotto buraczane, pycha. Nie ma się do czego doczepić.


night

Nie lubię jak T. wychodzi na pół nocy, a już tym bardziej jak gdzieś wyjeżdża. W ciągu dnia jest spokojnie, nikt nie robi bałaganu, nie muszę gotować ale śpi się fatalnie. I tak na przykład w przyszłym tygodniu T. wybiera się na koncert i męski wieczór, a już wiem, że mam noc z głowy. Zawsze, ale to zawsze budzę się wtedy o 2 nocy z jakiegoś przerażającego snu. A gdy słyszę nocne mlaskanie i siorbanie dobiegające z kuchni to nie pomyślę, że to Effie czy Tara zechciały dokończyć obiad. To chyba oczywiste, że głodne zombie włamały mi się do domu i najpierw wyjedzą psią karmę po czym ruszą do sypialni po mnie i psy. 



jeden dzień

Czasami naprawdę chciałam odłożyć tą książkę - tak bardzo denerwowali mnie główni bohaterowie. A jednak pochłonęła mnie świetnymi dialogami i sarkastycznym poczuciem humoru.



monday

Wczoraj przytrafiła mi się klasyczna poniedziałkowa dziura. Niby nic a cały dzień przerąbany. 

Przede wszystkim od tej pogody moja głowa przypomina elektrownie w Fukushimie. Raz jest w miarę ciepło i chce mi się spać, a za chwile z zimna widzę fioletowe plamy. Kiedy wiać przestanie? 

No więc, NAJPIERW nie mogłam się dodzwonić do przychodni przez niemal czterdzieści minut, a gdy już udało mi się zarejestrować to obsuwa u lekarza oscylowała między półtora a dwoma godzinami. Nim człowiek wejdzie do lekarza to zdąży się z kimś zaprzyjaźnić. A w dodatku lekarka okazała się być nieprzystosowana do zawodu, bowiem każde pytanie kwitowała, że jest tylko internistą i nie jest mną, więc nie wie czy dalej powinnam przyjmować wskazane leki. Niech ich  tam wszystkich larwy chruścika zeżrą. Następnie okazało się, że po jednym, jedynym spotkaniu zaplanowanym na ten dzień pora iść spać i nie zrobiłam nic konstruktywnego oprócz kolacji. 

Wzięłam i skończyłam książkę z tych nerwów. Dobrze, że zapas gazet mam, bo wtorek może nie być lepszy. 



breakfast

Miałam w ostatnim czasie do przetestowania płatki śniadaniowe Nestle Cherios Oats. Zbiegło się to z moim wewnętrznym przeświadczeniem, że na śniadanie jem ciągle to samo. Tylko, że nawet jeśli wybór jest skromniejszy, to niech mi ktoś powie, ile różnych śniadań jada w miesiącu? Tak, żeby się za często nie powtarzało. Ja osobiście pasuje (w koszu na śmieci można znaleźć puste pudełko po serku wiejskim, trzecie w przeciągu 5 dni). 

Nie lubię zimowej diety śniadaniowej. Tęsknie za kanapką z pomidorem malinowym, zerwanym prosto z krzaka i jeszcze ciepłym od słońca i pachnącą łodygą. Informują również naokoło, że sezon na płatki także się skończył i choć w dzieciństwie nie lubiłam kaszki i owsianki to musiałam dokarmiać się całymi jej talerzami. Teraz, gdy serwuje mi ktoś płatki owsiane z rodzynkami i owocami - jak się nie zakochać? 
























life is life

Ostatnio miałam mieszane uczucia co do swej roli w związku. Z jednej strony słomiana wdowa a z drugiej główna bohaterka w "Innych". I tak wiem, T. ostatnio dużo pracował i niczym wojownik wracał po ciężkim dniu a ja mu dupę trułam jakąś babską paplaniną i durnymi pytaniami. Tylko ten równoległy byt w którym T. egzystuje czasem niebezpiecznie się przeciąga - owszem mieszka ze mną i chyba nawet wyczuwa moją obecność. A przynajmniej zdaje sobie sprawę z tego, że COŚ krąży i gada. Niestety nie reaguje szybko i nie nawiązuje kontaktu, a przynajmniej dzieje się to dość rzadko. Wieczorami gadałam w zasadzie tylko ja, chyba, że spałam. A na dwadzieścia zadanych pytań, dostaje góra trzy odpowiedzi. 

Możecie oczywiście powiedzieć, że to typowe dla kobiet, że cały czas brzęczą jak zepsuta jarzeniówka i dwa miesiące nauczyły mnie aby nie zadawać pytań otwartych pod tytułem "no i co Ty o tym myślisz?". Tylko jak już raz od wielkiego dzwonu zapytam "czy chce herbatę?" to czekam na tą ledwo wykrztuszoną monosylabę dobre 5 minut z czajnikiem w ręku i nerwem na twarzy. Oczywiście są dni gdy mam więcej chęci czekać i się dopytywać to korzystam z social mediów. Nie ma to jak dobry messenger. Reakcja gwarantowana. Wirtualna of kors. Przez chwilę rozważałam kupienie tablicy Ouija, bo może szybciej pójdzie w ogólnym rozrachunku. Człowiek nawet gdyby nago przeszedł to pozostałoby to bez odzewu. Duchem jestem? Wydaje mi się, że inni ludzie mnie słyszą, ale może ich sobie wymyśliłam. Sama nie wiem. 






now

Chora jestem i gardło mnie boli. To wszystko przez to, że wyszłam w zeszłym tygodniu z domu do ludzi. Niestety, najwidoczniej wytworzyła mi się dość cienka granica spotykania maksymalnie czterech żywych ludzi na tydzień (wliczając subiektów w sklepie). W przeciwnym wypadku mój organizm się ewidentnie buntuje. Wieść o większej liczbie osób make me sick. Co zrobisz? Nic nie zrobisz. 


rosół też może być wege

argo

Lubie takie historie. Chociaż to tylko jedna strona medalu.