life is life

Ostatnio miałam mieszane uczucia co do swej roli w związku. Z jednej strony słomiana wdowa a z drugiej główna bohaterka w "Innych". I tak wiem, T. ostatnio dużo pracował i niczym wojownik wracał po ciężkim dniu a ja mu dupę trułam jakąś babską paplaniną i durnymi pytaniami. Tylko ten równoległy byt w którym T. egzystuje czasem niebezpiecznie się przeciąga - owszem mieszka ze mną i chyba nawet wyczuwa moją obecność. A przynajmniej zdaje sobie sprawę z tego, że COŚ krąży i gada. Niestety nie reaguje szybko i nie nawiązuje kontaktu, a przynajmniej dzieje się to dość rzadko. Wieczorami gadałam w zasadzie tylko ja, chyba, że spałam. A na dwadzieścia zadanych pytań, dostaje góra trzy odpowiedzi. 

Możecie oczywiście powiedzieć, że to typowe dla kobiet, że cały czas brzęczą jak zepsuta jarzeniówka i dwa miesiące nauczyły mnie aby nie zadawać pytań otwartych pod tytułem "no i co Ty o tym myślisz?". Tylko jak już raz od wielkiego dzwonu zapytam "czy chce herbatę?" to czekam na tą ledwo wykrztuszoną monosylabę dobre 5 minut z czajnikiem w ręku i nerwem na twarzy. Oczywiście są dni gdy mam więcej chęci czekać i się dopytywać to korzystam z social mediów. Nie ma to jak dobry messenger. Reakcja gwarantowana. Wirtualna of kors. Przez chwilę rozważałam kupienie tablicy Ouija, bo może szybciej pójdzie w ogólnym rozrachunku. Człowiek nawet gdyby nago przeszedł to pozostałoby to bez odzewu. Duchem jestem? Wydaje mi się, że inni ludzie mnie słyszą, ale może ich sobie wymyśliłam. Sama nie wiem. 






Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Po usłyszeniu sygnału..