december

Zaczyna się moja jakże ulubiona pora roku. Doprawdy bardzo się przyjemnie chodzi dostając płatkami śniegu i deszczem w oko. Dzięki temu zgubiłam na spacerze soczewkę. Tyle lat noszę soczewki i myślałam, że nic mnie już nie zdziwi. O, jakże się zdziwiłam. Podrapałam się po powiecie i przestałam widzieć. Cholery można z nimi dostać. Rozrywkowe bestie.

W międzyczasie popełniłam sama ze sobą dyskusję o tym czy zwrot "gorący temperament" jest poprawny. Skoro nie powinno się mówić "czerwona płachta na byka" tylko "płachta na byka" albo "święto lasu" a nie "święto zielonego lasu" to jak jest z tym temperamentem? Przecież zimny być nie może. Prawda, że piękne? I takie zmuszające do myślenia i analizy (jak się ma czas oczywiście, bo jak się go ma to się siedzi i myśli, a jak nie ma to tylko siedzi).

<December please be good to me> 


message

Przez dwa miesiące nie piłam kawy i znowu do niej wróciłam. Nie wiem czemu. Chyba zima przyszła. A może Wszechświat chciał mi coś przekazać. Jakąś wiadomość. Na przykład: „Czy zastanawiałaś się nad stanem swojego serca lub żołądka? Nie? To idź wejrzy w głąb siebie i następnie zastanów się nad sobą i ilością spożywanej kofeiny, w dowolnej kolejności. Na przykład najpierw nad sobą, a później nad kofeiną. Albo na odwrót. Pomyśl jeszcze o słodyczach. Ważne, żebyś wyciągnęła wnioski. Buzi w nosek. Podpisano – Wszechświat”.



there

Jak to dobrze, że za chwilę w sumie jedziemy. Nie będzie zasięgu, więc jest szansa, że T. odklei się od telefonu. Czasami można zapomnieć, jak to jest posiadać partnera z dwojgiem uszu. Ja się za to odkleję od tej jesienno-zimowej aury, która w mieście wygląda jak coraz gorszy film science fiction - reżyserowany przez kogoś nieposiadającej elementarnej wyobraźni. 

Jak nie zabieramy psów na wyjazd to zawsze mówię o tym ze ściszonym głosem, chociaż ONE i tak wiedzą! I obawiam się, że gdybym miała schody to by mnie zepchnęły z nich razem z walizkami. Przyznac jednak trzeba, że równowaga w przyrodzie zostaje zachowana, bo zostanie z dziadkami wiąże się z gastrycznym zadowoleniem, wszak nie ma zwrotu mówiący, że jest "za wcześnie na jedzenie".

Tak, że JADĘ. Siedzę w dżinsach i nie mogę doczekać się fajrantu. Trapery wzięte, książki wzięte, T. wzięty, hummus wzięty a bar się weźmie na miejscu.

Zachowywać mi się tutaj!  





sleeping

Znacie to uczucie, gdy budzicie się w nocy ze świadomością, że ktoś obcy jest w domu? No, ja tak miałam. Obudziło mnie głębokie chrapanie jakiegoś obcego faceta. Wydawało mi się, że był tuż za mną. Nie wiem czy umiałabym sporządzić portret pamięciowy na podstawie tych dźwięków ale możliwe, że byłby to facet w stylu hydraulika, alkoholika w podartym podkoszulku i bokserkach w serduszka. Przerażona, zerwałam się i ujrzałam, że to przecież chrapie moje śliczna, rozkoszna Tarunia. Chrapie niczym starym przepity Bosman.

Jakby było mało, dorzuciłam sobie do puli seriali "Stranger Things" - gdzie z kolei pojawia się równoległy wymiar, przepełniony cieniem i śmiercią. Podoba mi się ten ironiczny obraz, bo to trochę tak jakby oglądało się kryminalną wersję Alfa. Nie płacę za to na szczęście koszmarami sennymi. 





z cyklu życia nie oszukasz

Drogi Pamiętniczku, ja się niezwykle cieszę z tej pięknej pogody za oknem, tylko czemu od razu musi mnie boleć głowa? Chodzę pełna niestabilnego izotopu, obijając się o meble od dwóch dni. Pogodynka uspokajała wczoraj, że te wahania temperatur to efekt skumulowania masy ciepłego powietrza. No i pięknie, ja się bardzo ciesze, że nas objęły ale niech do cholery ciśnienie się jeszcze zdecyduje!

Podczas konsultacji w pracy z ekspertami od migren, bólów głowy i stawów okazało się, że na liście przebojów pysznych proszków wysuwa się po solpadeinie, pyralgina sprint rozpuszczalna o smaku pomarańczy. Podobno po jednej jest całkiem nieźle, a po dwóch ma się na twarzy banana ottont dotont.

Natomiast. 

Napisała do mnie wczoraj koleżanka, że myśli o mnie często, dlatego kupiła mi worek jutowy na ziemniaki. Poza tym to wszystko po staremu.



really

Proszę mi podpowiedzieć jakieś tricki i sposoby, bo chociaż w teorii wszystkie znam to i tak wisi nade mną Klątwa Marchewki. A mianowicie przestała mi smakować rok temu i do dzisiaj nie potrafi mi się objawić w sposób apetyczny. Piekę na różne sposoby, gotuje na parze, ścieram. Za nic w świecie nie umiem przyrządzić jej tak aby była dla mnie zjadliwa. Akceptuje tylko wersję surową w ilości jednej sztuki na dwa tygodnie. W zeszłą środę udało mi się zrobić curry z czerwonej soczewicy z powtykaną pod nią startą marchewką. Godzinę na talerzu to trzymałam, a i tak zjadłam tylko to co nie było marchewką. Dodam, że mój horror osobisty to teraz gotowana marchewka. Miękka, blada i lekko słodkawa. Niniejszym chciałabym zrezygnować ale przecież to MARCHEWKA! A kiedyś spotkałam się z książką, gdzie sądząc po okładce zdrowe i długie życie polega na zjedzeniu codziennie dużej miski ryżu w towarzystwie jednej marchewki. Właściwie...to co teraz?


zapominanie Eleny

Enigmatyczna ale stylistycznie przepiękna. Wszystkie zdarzenia rozgrywają się niemal za grubą warstwą mgły. A świat nabiera zagadkowego, rozmytego wyrazu. Ta proza ma w sobie pewien blask, kusi żeby poznać finał, ale tak samo szybko potrafi zmęczyć. Nie przypominam sobie drugiej takiej książki. Jedno trzeba przyznać, styl pisania White'a jest nonszalancki.


friday

Pozostając w temacie ożenku to chciałam kupić ostatnio krem do rąk i skorzystałam z pierwszego, mijanego sklepu do pracy. Na moje nieszczęście nie był to samoobsługowy. Jedna kobitka przede mną. Nieźle. Wyciągnęłam portfel, upatrzyłam sobie ZIAJE z kaszmirem, odegrałam w głowie cały dialog ze sprzedawczynią - wersja luzacka, nonszalacka, uprzejma. przemyślałam co zrobić na obiad i jakie e-maile wysłać po włączeniu komputera, wróciłam do rzeczywistości a przede mną dalej ta sama kobiecina. Co można tyle czasu robić? Wybierać krem do twarzy. I żeby było jasne, to był zwykły krem do 10 złotych w zwykłym sklepie. Pani obwąchiwała, czytała nalepki, rozważała. To był mały słoiczek, który zapewno posłuzby jej przez dwa tygodnie, a wybierała je drugie tyle. Po piątym słoiczku, doznałam objawienia. Ona nie zamierza, go używać tylko się z nim ożenić, więc musi świadomie podjąć decyzje na resztę swojego życia. Och!
Skruszona schowałam portfel i poszłam wysyłać te e-maile.  
Protestujemy wszystkie wraz z prosiakiem!



back

Ciężko wrócić, po tak długiej nieobecności. Dopiero co były wakacje a pora pytać o plany na Sylwestra. Moje są w powijakach.

A tak w ogóle to widziałam dzisiaj reklamę śledzia na każdą okazję. Pominę kwestię, że nie jem ryb ale, żeby od razu na każdą okazję? Śledź na wesele? Śledź dobry na zaręczyny? Śledziem świętować narodziny pierwszego potomka? Śledź z okazji pracy doktorskiej? Chyba wolałabym jednak diament.
A taki zdaje się posiadam od niedawna.

  


over

Przepadłam na dłuższą chwilę. Od paru dni się zbieram aby coś napisać, ale jest mi tak zimno, że średnio się do czegoś nadaje. Najchętniej nie wyłaziłabym spod koca. Wychodząc z domu zakładam puchate swetry a T. rozgląda się za bezrękawnikami - zimowymi! Czemu nie może się to wszystko odbywać w cywilizowany sposób i ubywać temperatury po dwa, góra trzy stopnie na dobę? Zamiast tego w ciągu jednej niedzieli z serii upałów mamy Syberię. Z balerinek, człowiek od razu się przerzuca na flanele, skarpety i kozaki. I teraz to już chyba tak do maja. 

Gdyby nie wspomnienia wakacji, to już leżałabym pijana na smutno na podłodze i najlepiej przed kominkiem.










friday

Z okazji szczytu NATO zmuszona byłam odwołać swój dzisiejszy wyjazd do Warszawy przez co niewątpliwie cierpię, albowiem miałam już w serduszku przedłużony weekend. Nie zazdroszczę jednak mieszkańcom rezydującym w okolicy, bowiem przy takich imprezach wychodzi najczęściej smutna prawda. Najmniej do powiedzenia ma szary podatnik, który za to wszystko płaci i nie dość, że funduje im tą zabawę to jeszcze musi się zwijać z zabawkami ze swojej piaskownicy. 

Pogoda na dodatek taka sobie i nieco w kratkę, więc ani nie zachęca do intensywnej pracy umysłowej ani spędzania czasu na zewnątrz. Ach, co mnie czeka w dniach następnych? Tego nie wie nikt. 



something old

Ostatnio trochę przygrzewa. Nie, żebym się skarżyła, bo ja lubię takie ciepło - chociaż praca w taką pogodę w niezacienionym pomieszczeniu i bez odpowiedniej klimatyzacji nieco destabilizuje. Bynajmniej nie jestem dekarzem, ale wystarczy być urzędnikiem aby doznać przegrzania. No, ale po wczorajszej burzy chyb wróciło wszystko do normy. 

W każdym razie - robimy w domu wieszak. Rok temu wymyśliłam sobie, że wieszak chciałabym mieć z drzwi. Żadnych konkretnych tzn. najlepiej starych i rzeźbionych ale nie byliśmy w posiadaniu takowych. Aż do niedawna, gdy to czystym przypadkiem natknęliśmy się na jedne. Trochę trwało nim namierzyliśmy właściciela ale SĄ. No i tu zaczynają się schody. Drzwi są ciężkie, drewniane, skalane co najmniej pięcioma warstwami farby. Pracy przy nich jest sporo a w tle jawi się jeszcze okno, którego nikt po remoncie nie chce myć. Cały czas czekam na telefon z NASA, żeby zaoferowali mi udział w jakimś projekcie pt. "jak długość nie mycia okna wpływa na rozkład materii i promieniowania". Nie mycie tego okna bez żadnego eksperymentu powoduje, że jest się pospolitym leniem, a z eksperymentem będzie się już - naukowcem. Z brudnym oknem, ale jednak naukowcem. 

A wracając do drzwi to wyglądały tak: jedna strona biała, druga z elementami turkusu. Turkus pasuje nam salonu i tutaj pojawia się dylemat czy robić coś z tą stroną czy raczej ów kolor pozostawić. Biała strona została już oczyszczona.


 

 

Oczyściliśmy też zamek, który był przy drzwiach.





Abstrahując od tego co jeszcze pozostało nam do zrobienia przy nich to szukamy teraz wieszaków. Najlepiej mosiężnych, starych..jakby miały jeszcze jakiś element biały to byłabym w niebie. Ktoś?Coś?

the dressmaker

Mimo prostej fabuły, szalenie intrygujący. Ona, jak zawsze idealna. 
A miasteczko perfekcyjnie groteskowe. 


ikea

Idzie wiosna, okres radosnych decyzji. A jak dorzucić do tego nieco melancholijny nastrój i wypłatę to co otrzymujemy? W moim przypadku jest to wyprawa do księgarni i Ikei. Pierwsze mam już zaliczone, teraz tylko zamówienie należy odebrać. Drugie jest przede mną. Wyluzuje się jak kwiat lotosu na tafli jeziora. 

I tutaj muszę podkreślić, że Ikea jest jednym ze sklepów, które na prawdę lubię. Jasne, że rzemieślnicze wyroby lub znalezione na strychu u babci i przerobione również wpasowują się w mój gust ale jedno nie wyklucza drugiego. Zauważyliście, że w Ikei każda pierdoła ma swoją własną prywatną nazwę czyt. imię? Świeczniczek nazywa się Kvastrup albo oświetlenie dekoracyjne na balkon to Skruv lub Solvinden, a obok wiszą zdjęcia projektantów. Urocze, doprawdy. Można sobie wyobrazić jak taka Inga czy Helgasiedzi sobie w tej Szwecji, je łososia z dżemem, popija czarną, mocną kawą i siada do deski kreślarskiej na której macha sobie taki koszyczek, co to u mnie stoi w szafie. Pod wieczór siada przed kominkiem, owinięta w pled i ogląda magazyny wnętrzarskie i szuka tego swojego koszyczka na zdjęciach. Jak znajdzie to wycina i wkleja do specjalnego albumu, dodając własnoręcznie wpisaną datę. Też to widzicie, czy tylko ja mam takie wizje? 

Ikea kojarzy mi się jeszcze z jedzeniem. Mają pyszne ciasta i pojawiły się w ostatnim czasie wegańskie klopsiki. Słusznie. 

W Ikei kupuje od czasów liceum, niezbyt regularnie ale dość często. Można też powiedzieć sobie szczerze, że to dość długi okres mojego związku z tym szwedzkim przybytkiem. A tu Ci nagle wpadam na artykuł jakiegoś socjologa, że kupowanie w Ikei to konformizm. Jasne, wszyscy powinniśmy dziedziczyć piękne mahoniowe meble po dziadkach strugać je własnoręcznie lub szperać po piwnicach. 


easy

Człowiek robi pożywne śniadanie jaglane, kombinuje z obiadem żeby zielono było i pełnowartościowo. Szparagi, botwinka wszystko wegańskie, zdrowe i pyszne. A na kolacje funduje sobie niewątpliwie bardzo pożywną tabliczkę czekolady i zagryza czipsami. Boli mnie dzięki temu cały przewód pokarmowo-doktorski. A i tak nic mnie to nie nauczy, wydaje mi się, że lubię to szalone życie na krawędzi. 

A z innej strony to czytanie w ostatnim czasie prasy coraz bardziej mnie zadziwia. Trafiłam np. na pouczenia policyjne i uważam, że jest to szalenie fascynująca lektura. Czy wiedzieliście, że „Za zgodą świadka można go poddać badaniom lub oględzinom, a bez jego zgody pobrać odciski palców, wymaz ze śluzówki policzków, włosy, ślinę, próby pisma, zapach, wykonać fotografię lub nagrać głos”. Ciekawe czy jeśli człowiek mocno się nie zgadza z tymi odciskami i się wyrywa to wystarcza im takie rozmazane.

A po drodze do pracy mijam taki jeden blok i na nim wisi ogłoszenie "Lokal do wynajęcia od zaraz 16 metrów kwadratowych". Zbieram pomysły co można świadczyć na tych szesnastu metrach kwadratowych. 



diet

Staram się zmienić nawyki żywieniowe. Jedzenie co trzy godziny, pięć posiłków, śniadanie godzinę po obudzeniu, kolację na dwie godziny przed snem. Oczywiście zero słodyczy i przekąsek pomiędzy, co budzi sporą tęsknotę i ataki frustracji. Budzi się też kreatywność, bo tak sobie myślę, że wspaniale zbilansowanym posiłkiem jest pieczone ciasto z warzywami, tofu i serem. Magiczne połączenie węglowodanów z tłuszczem - oba minusy się znoszą, dają plus w postaci ujemnych kalorii. Tak to sobie wymyśliłam. A to ciasto z warzywami to jednym słowem pizza .

I proszę bardzo - TADAM! Wersja wegańska i wegetariańska, jak kto woli.
W następnym odcinku: "Dieta dla faceta".




Składniki na ciasto:

1/3 kostki drożdży
3 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
1/2 kubka ciepłej wody
ok. 3 kubków (0,5 kg) mąki
1/2 kubka oleju - See more at: http://www.kocieuszy.pl/2014/05/weganska-pizza.html#sthash.A2v3Uo9c.dpuf

 1/3 kostki drożdży
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki cukru 
1/2 szklanki ciepłej wody
1/2 szklanki oleju
3 szklanki mąki
przyprawy (oregano, bazylia, tymianek)

Drożdże rozkruszyłam, dodałam sól, cukier, ciepłą wodę i kilka łyżek mąki. Po wymieszaniu odstawiłam na 10-15 minut. Po tym czasie dodałam resztę składników i odstawiłam na godzinkę.

Sos można oczywiście robić samemu z pomidorów, oliwy, ziół prowansalskich lub robiąc pastę warzywną. Ja przyznaje użyłam gotowego sosu z bakłażana i papryki (Ajvar). 

Co do dodatków to w przypadku wegańskiej wersji jest tofu, oliwki, kapary i papryka żółta. Wersja wegetariańska wzbogacona o mozzarellę. Oczywiście wybór wegańskich serów jest spory, więc można eksperymentować do woli.

1/3 kostki drożdży
3 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
1/2 kubka ciepłej wody
ok. 3 kubków (0,5 kg) mąki
1/2 kubka oleju - See more at: http://www.kocieuszy.pl/2014/05/weganska-pizza.html#sthash.A2v3Uo9c.dpuf
1/3 kostki drożdży
3 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
1/2 kubka ciepłej wody
ok. 3 kubków (0,5 kg) mąki
1/2 kubka oleju - See more at: http://www.kocieuszy.pl/2014/05/weganska-pizza.html#sthash.A2v3Uo9c.dpuf

.

Byłam z dziewczynami u fryzjera. Teraz są aksamitne, zalotne i czarujące. Bardzo lubię strzygącą je Panią. Pogadać można o życiu innych właścicieli i psach. Człowiek się wtedy dowiaduje, że jego ukochany yorczek jest już passe, za to w modzie są ponownie shih tzu i maltańczyki. Poruszamy też temat drażliwy czyli, "jak powiedzieć właścicielowi, że jego ukochany pieseczek ma problemy z którymi pora się rozprawić". Z psami to trochę jak z dziećmi - każde jest najpiękniejsze, najzdolniejsze i najmądrzejsze. Jak się też nie roześmiać, jak przychodzi Pani z takim właśnie najsłodszym według jej mniemania - ratlerkiem o imieniu Tyson. Przecież to całe 30 cm grozy. O! Jest też Pani ze sznaucerem, która prosi, żeby mu zrobić kitkę!

Natomiast przy tej wiośnie, co to niby przyszła radośnie - mój organizm głównie domaga się leżenia i spania. Co robisz po powrocie z pracy? Kładę się.



the theory of everything

Warto go zobaczyć, chociaż zostawia pewien niedosyt. Niewątpliwie zapragnęłam zapoznać się z "Krótką historią czasu" S. Hawkinga. Tylko zastanawiam się czy we wszystkim na prawdę chodzi o miłość i tak zwaną "powinność"? 


monday

Horoskop na dziś: w miłości ciężko coś przewidywać.
A to Ci dopiero konkret.

Są jednak takie dni, kiedy myślę, że faceci to niereformowalne dekle. Nawet jeśli przystojni, inteligentni i zabawni to jak im już opadnie ta klapka we łbie to klękajcie wszystkie narody. Testosteron hamuje im wtedy logiczne myślenie i jedyne co pozostaje pomyśleć sobie w duchu "no co zrobisz? przecież go nie zabijesz, b on chory jest. To chory człowiek!" Facecizm. 

Ale my tu o pierdołach a tu wiosna idzie:)



easy recipe



Okna umyte? Bo u mnie nie.

Natomiast wracając do kulinariów to chciałabym podjąć kartoflaną dyskusję. Nigdy nie przepadałam za ziemniakami. Czas i obróbka ziemniaka nie może sięgać granic absurdu, więc ziemniak ma się tylko umyć, wejść do piernika i wyjść jadalny. Inna sprawa, że od wczoraj cierpię z przeżarcia. Obżarłam się kanapeczek ze szczypiorkiem, pietruszką i innymi dekoracjami ale przede wszystkim  serem z ziemniaka. Tak, ser z ziemniaka. Prosty, żółty i pachnący.


 Co do chleba to nie pamiętam kiedy ostatni raz jadłam taki z nalepką na skórce. Jak byłam mała to u dziadków był takowy podawany najczęściej z masełkiem. Ten ponoć też taki Eko i bliski natury -  wytwórca przysięga, że w chlebie jest tylko to co kładło się ze sto lat temu, czyli żadnych polepszaczy, ludzkich włosów i sznurków. 

 

A wracając do ser z ziemniaka i jego prostoty to podkreślę, że jest pyszny zwłaszcza na drugi dzień. I wiecie co jeszcze? Weganizm nie jest nudny, śmiem twierdzić, że każdy weganin jest niezwykle szalonym i kreatywnym człowiekiem. 

Składniki na ser z ziemniaka:
Dwa duże ziemniaki
Marchewka
½ szklanki płatków drożdżowych
Sól, pieprz, papryka słodka
¼ szklanki oleju
Kilka łyżek bulionu warzywnego (opcjonalnie)


Przygotowanie:
Warzywa wyszorowałam i bez obierania* ugotowałam do miękkości. Po odcedzeniu i przestygnięciu warzyw (nie obierałam) zblenderowałam je z resztą składników.  Jeżeli masa wydaje się za gęsta to można dodać kilka łyżek wody np. tej w której gotowały się warzywa.  Przyprawy to dla mnie kwestia gustu, dlatego można oprócz soli i pieprzu dodać co w duszy gra – kurkumę, chili, kumin.

 

* babcie zawsze mówiły - owoców i warzyw nie obieraj ze skórki! Wszystko, co najcenniejsze znajduje się tuż pod nią. True!

really

Nie ogarnia mnie świąteczny nastrój. Okien też nie mam umytych, a wiadomym jest, że czyste okna objawiają Wielkanoc (zaraz obok śnieżycy). Rozmijam się też ostatnio z kalendarzem, więc jeszcze nie wiem co będę na weekend gotować. A gotować w tym roku będę po wegańsku. Znalazłam przepis na fasolową kiełbasę i nowy pasztet z czerwonej soczewicy. Generalnie nie przepadam za fasolą ale podobno jest idealna pod wegański żur i wino.

Dodatkowo gdybyśmy chodzili święcić koszyk to myślę, że w tym roku Effie wystąpiłaby z tymi swoimi przydługimi włosami jako baranek wielkanocny. Przygotowalibyśmy dla niej taki większy koszyczek, jak na wsiach co się do nich po cztery tuziny jajek wsadza. Podejrzewam tylko, że nasłuchalibyśmy się w kościele wielu uwag w stylu "Przepraszam bardzo, ale Państwa baranek opierniczył mi właśnie kiełbaskę z koszyczka".

Całe życie kłody pod nogi. 

Tymczasem w McDonaldzie podobno sezon w pełni i wszędzie widuje reklamy kontekstowe, dlatego powędrowaliśmy na wegańskiego w bułce do pierwszego wegetariańskiego i wegańskiego baru w Polsce. Jeśli kiedyś zawitacie do Wrocławia to polecam zajść do Vegi.


eat healthy

Ponieważ, teoretycznie każdy dzień jest pierwszym dniem reszty naszego życia, to rozpoczęłam w poniedziałek resztę swojego życia bardzo zdrowo. Bardzo. Zdrowo. Szklaneczką bardzo zdrowej mielonej, trawy z młodego jęczmienia, bo to zdrowe. Na żołądek, jelita i ogólnorozwojowo. Bardzo.

Tak oto rozpoczęłam tydzień - dobrowolnie pijąc zieleninę z różowej filiżanki. Wstałam też z rana, umyłam się, umalowałam, wypiłam trawę i uznałam, że założę kooperatywę spożywczą. Korzysta ktoś z takowych? Pomysł ten zrodził się przede wszystkim dlatego, że gotuje wspaniale. A gotuje wspaniale, bowiem odbiorca mego jedzenia jest na tyle głodny i serce ma tak szeroko otwarte wobec jedzenia, że jest gotów zjeść niemal wszystko co mu podam. Nieustannie się zastanawiam co mój T. ma większe - serce czy głód i dlatego uczę się gotować nim ucieknie najeść się gdzie indziej.

Gdybym mogła w pełni realizować swe szalone pomysły w kuchni to zajęłabym się głównie opanowywaniem tajników rdzennych indonezyjsko-hinduskich potraw czyli przykładowo naleśnika z bananem. Naleśniki są smaczne i proste. Banan też niczego sobie. 

Inna sprawa to jabłko. Ja rozumiem zdrowy tryb życia, naturalny błonnik itp. ale w najlepszym przypadku, kupowane jabłka w sklepie są bezsmakowe. Skoro ma być jednak kooperatywa, bez konserwantów i wytwornego glutaminianu sodu to i z jabłkami spróbowałam i śmiem twierdzić, że było to jabłko o smaku jabłka, tak jak marchewka o smaku marchewki - bez nawozów wywołujących jakąś enyloketonurię czy inne.


Normalnie nie lubię też soków jabłkowych, bo są za kwaśne dla mojego organizmu (uwielbiającego czekoladę) i bohaterstwem kulinarnym było dla mnie, gdy T. duszkiem wypijał go na czczo. I nie jest to wpis sponsorowany, jednak my beloved podświadomość ocenia, że to co ekologiczne to ekologiczne i autorem kulinarnego bestsellera są soczki tłoczone bez dodatków niemożliwych do wypowiedzenia. Inna sprawa, że takowe zdrowe życie nie jest tanie.
 
 
Czekam na pomysły innych kulinarnych tematów, bo bardzo fajnie mi się tutaj dywaguje. A póki co to tyle jeśli chodzi o rolnictwo. Idę się uczyć jakie bakterie powstają w wyniku kwaszenia i jak się tłoczy soki. Lektura dostępna u lokalnego rolnika.

ministerstwo przewodnictwa uprasza o niezostawanie w kraju

Co oznacza być Irańczykiem w Iranie? Jakie są najbardziej szczególne zawiłości irańskiej mentalności? Jaka jest rola dąsów i fochów w życiu codziennym i politycznym? Czy można tu kupić produkty organiczne? Dlaczego życie jest według Irańczyków zawstydzające i co to jest fozuli? Jak najlepiej wynająć w stolicy mieszkanie i dlaczego wiedza o zasadach poruszania się po ulicy w Teheranie jest ważniejsza od samego kursu prawa jazdy?

Wydarzenia polityczne, owszem są wzmiankowane ale mają jedynie charakter tła.
To zdecydowanie mój ulubiony autor.





no subject

O czym ja tu mogę pisać w taką pogodę? Nie wiem, jak u Was ale ktokolwiek trzyma pilota od pogody to pragnę mu powiedzieć, że poczucie humoru ma słabe.

Nie mogę przy T. oglądać żadnych bzdurnych filmów i seriali (a na nic innego ostatnio weny nie mam) bo jak słyszy te dialogi, to od razu pyta czy już do reszty zwariowałam. Z tego wszystkiego dalej oglądam "Chirurgów". Z tym serialem też jest coś nie tak. Nie wiem czy wysyła jakieś informacji podprogowe ale zaczyna się robić kosmicznie nudny, a los bohaterek sugeruje, że są lekko opóźnione. A najgorsze jest to, że jak już zaczęłam to muszę skończyć sezon! I jeszcze postać Jo. Jak zaczyna strzelać swoje miny i fochy, to mam ochotę złapać ja za włosy i trzasnąć o metalową szafkę.

Poza tym to po zimie, bardzo pasuje do Effie: ja wyglądam jak duża Czubaka, a ona - jak mała. Trzeba coś przedsięwziąć.












objectively not

Czasami najlepszym przyjacielem na beznadziejny wieczór szarego człowieka jest gala oskarowa. A zwłaszcza portale, redakcje i inne celebrytki komentujące stylistykę i kreacje z ów gali. Każdy rozpływał się nad ponoć fenomenalną suknią Cate Blanchett a jak dla mnie to wygląda jak przybysz z galaktyki Aldebarana. 

Dylemat mam czy przypadkiem kreacja Reese Witherspoon nie przebija jej o jakieś 6 lat świetlnych.

Rok był niewątpliwie łaskawy i obfitował w cuda. I tak na przykład, Keltie Knight w jakiś falbanach i zawijasach przypomina mi otomanę spowitą marszoną kapą. Widząc zdjęcie Mindy Kaling człowiek ma ochotę napisać jak najszybciej list, prosząc aby co wieczór robiła sobie takie zdjęcia to może spadnie odsetek depresji. Intrygująca była kreacja Dorith Mous, która ewidentnie wymyśliła sobie, że pierdzielnie największą ze wszystkich i wygląda jak księżniczka Mordoru. Nie wiem co myśleć o Daisy Ridley. To chyba miało mieć jeszcze jakąś część na dole lub w pasie. Sama nie wiem. Chwilowo ze wszystkich obejrzanych zdjęć Kelly Ripa najbardziej wpada w mój estetyczny gust. I nie przypomina parówki. 

Gala oskarowa powinna odbywać się co kwartał. Po całym dniu wrażeń i śnieżnym poniedziałku wybrałam się na własną galę. Prężę się dumnie w ciepłym ponczo i jeansach na kanapie popijając jakieś dziwne herbatki z krety na obniżenie cholesterolu. 

Uff.



love, rosie

Zdarza się, że ma się ochotę na film. Zwykły, ciepły. 
Bez pytań o sens życia i bez ukrytych refleksji życiowych. 

Nie wiedzieć czemu, zawsze oglądam je w piżamie. 









stay cool

Jestem zupełnie bez życia. Spać mi się głównie chce. A gdyby tak połknąć jakąś baterie? Może to mnie do życia ruszy.

Horoskopy też nie pomagają. Wszystkie Byki i Koziorożce to mają romanse i przypływy gotówki. Skorpiony mają nadto podróży a ja? "Posprzątaj na strychu". No nic, taka karma. Sucha i w granulkach, jak psia karma. 

"Ginekologów" mam chęć przeczytać. Trochę się obawiam, że będzie mi słabo ale może warto. Warto? Fama niesienie, że nie jest to pozycja dla miękkich zawodników. 


sils maria

Idealny do odczytania na wielu poziomach. Daleki od pretensjonalności, emanuje współczuciem
 i refleksją nad upływającym czasem. Urzekające widoki i symbolika zjawisk. 


T.

Już w poniedziałek wszechświat dał mi do zrozumienia, że to nie będzie MÓJ TYDZIEŃ. Nie będę wdawać się w szczegóły dotyczące ciemnoty jaka spowija niektórych w moim zakładzie pracy. Nie będę też oryginalna pisząc, że faceci bywają szalenie denerwujący. Nie dostrzegam tego wyłącznie w "te dni". Jak próbuje odciągnąć T. od jakiegoś zamierzonego działania to czuje się, jakbym próbowała skręcić Titanikiem. 

T. ma takie stanowisko, uwaga bo to będzie dobre, że wszystko można robić razem, łącznie z zakupami (nie istotne czy do domu czy ciuchowe). Czujecie? Jako stu procentowa jedynaczka potrzebowałam czasu, aby to przetrawić. Aż tu nagle, od miesiąca mój domowy manager ds. uzgodnień postanowił zmienić zasady i znosi rzeczy bez wstępnego ich anonsowania. Nie ważne, że chciałam mieć w domu malutką, cieniutką wagę kuchenną, a dostałam kolosa zajmującego 1/4 miejsca na półce. Po dwumiesięcznych analizach i weryfikacji najlepszego robota kuchennego, dostałam robota niespodziankę tzn. - inna firma, inne funkcje, inny kolor. Bardzo to miło z jego strony. No, doprawdy. 

Jakiś czas temu odbyliśmy też rozmowę o roli telewizora w naszym życiu. T. przeszedł fazę miesięcznego detoksu od seansów telewizyjnych i znoszenia gazet z programem, tak aby oglądać tylko to co wybierze się wcześniej. Aż tu przy weekendzie wnosi telewizor wielkości połowy salonu, oznajmiając z uśmiechem, że stanie na miejscu naszego małego, nikomu nie wadzącego telewizora. Już po 30 sekundach myślałam, że mnie rozniesie horyzontalnie i wertykalnie, a on się pewnie jeszcze zdziwił nie widząc entuzjazmu u swej partnerki, która przecież niejednokrotnie powtarzała, że takowego gigantycznego ekranu nie chce. Kilka razy w życiu miałam ochotę już go zamordować i to był właśnie jeden z tych momentów.

Mechanizm u T. jest taki, że wiele rzeczy dzieje się dość przypadkowo. Impulsywnie znosi przedmioty do domu i umawia nas ze znajomymi. Nie wiem, dlaczego nie raczył mnie uprzedzić o nowym mebelku w domu. Bał się? Czego? Przecież nie opierdzieliłabym go za to jakoś spektakularnie. Kota jakoś upchnęliśmy. Więc, nie wiem na co on liczył nie mówiąc mi o tym..że nie zauważę jak to postawi?

Ciekawe, czym jeszcze postanowi mnie zaskoczyć.