objectively not

Czasami najlepszym przyjacielem na beznadziejny wieczór szarego człowieka jest gala oskarowa. A zwłaszcza portale, redakcje i inne celebrytki komentujące stylistykę i kreacje z ów gali. Każdy rozpływał się nad ponoć fenomenalną suknią Cate Blanchett a jak dla mnie to wygląda jak przybysz z galaktyki Aldebarana. 

Dylemat mam czy przypadkiem kreacja Reese Witherspoon nie przebija jej o jakieś 6 lat świetlnych.

Rok był niewątpliwie łaskawy i obfitował w cuda. I tak na przykład, Keltie Knight w jakiś falbanach i zawijasach przypomina mi otomanę spowitą marszoną kapą. Widząc zdjęcie Mindy Kaling człowiek ma ochotę napisać jak najszybciej list, prosząc aby co wieczór robiła sobie takie zdjęcia to może spadnie odsetek depresji. Intrygująca była kreacja Dorith Mous, która ewidentnie wymyśliła sobie, że pierdzielnie największą ze wszystkich i wygląda jak księżniczka Mordoru. Nie wiem co myśleć o Daisy Ridley. To chyba miało mieć jeszcze jakąś część na dole lub w pasie. Sama nie wiem. Chwilowo ze wszystkich obejrzanych zdjęć Kelly Ripa najbardziej wpada w mój estetyczny gust. I nie przypomina parówki. 

Gala oskarowa powinna odbywać się co kwartał. Po całym dniu wrażeń i śnieżnym poniedziałku wybrałam się na własną galę. Prężę się dumnie w ciepłym ponczo i jeansach na kanapie popijając jakieś dziwne herbatki z krety na obniżenie cholesterolu. 

Uff.



love, rosie

Zdarza się, że ma się ochotę na film. Zwykły, ciepły. 
Bez pytań o sens życia i bez ukrytych refleksji życiowych. 

Nie wiedzieć czemu, zawsze oglądam je w piżamie. 









stay cool

Jestem zupełnie bez życia. Spać mi się głównie chce. A gdyby tak połknąć jakąś baterie? Może to mnie do życia ruszy.

Horoskopy też nie pomagają. Wszystkie Byki i Koziorożce to mają romanse i przypływy gotówki. Skorpiony mają nadto podróży a ja? "Posprzątaj na strychu". No nic, taka karma. Sucha i w granulkach, jak psia karma. 

"Ginekologów" mam chęć przeczytać. Trochę się obawiam, że będzie mi słabo ale może warto. Warto? Fama niesienie, że nie jest to pozycja dla miękkich zawodników. 


sils maria

Idealny do odczytania na wielu poziomach. Daleki od pretensjonalności, emanuje współczuciem
 i refleksją nad upływającym czasem. Urzekające widoki i symbolika zjawisk. 


T.

Już w poniedziałek wszechświat dał mi do zrozumienia, że to nie będzie MÓJ TYDZIEŃ. Nie będę wdawać się w szczegóły dotyczące ciemnoty jaka spowija niektórych w moim zakładzie pracy. Nie będę też oryginalna pisząc, że faceci bywają szalenie denerwujący. Nie dostrzegam tego wyłącznie w "te dni". Jak próbuje odciągnąć T. od jakiegoś zamierzonego działania to czuje się, jakbym próbowała skręcić Titanikiem. 

T. ma takie stanowisko, uwaga bo to będzie dobre, że wszystko można robić razem, łącznie z zakupami (nie istotne czy do domu czy ciuchowe). Czujecie? Jako stu procentowa jedynaczka potrzebowałam czasu, aby to przetrawić. Aż tu nagle, od miesiąca mój domowy manager ds. uzgodnień postanowił zmienić zasady i znosi rzeczy bez wstępnego ich anonsowania. Nie ważne, że chciałam mieć w domu malutką, cieniutką wagę kuchenną, a dostałam kolosa zajmującego 1/4 miejsca na półce. Po dwumiesięcznych analizach i weryfikacji najlepszego robota kuchennego, dostałam robota niespodziankę tzn. - inna firma, inne funkcje, inny kolor. Bardzo to miło z jego strony. No, doprawdy. 

Jakiś czas temu odbyliśmy też rozmowę o roli telewizora w naszym życiu. T. przeszedł fazę miesięcznego detoksu od seansów telewizyjnych i znoszenia gazet z programem, tak aby oglądać tylko to co wybierze się wcześniej. Aż tu przy weekendzie wnosi telewizor wielkości połowy salonu, oznajmiając z uśmiechem, że stanie na miejscu naszego małego, nikomu nie wadzącego telewizora. Już po 30 sekundach myślałam, że mnie rozniesie horyzontalnie i wertykalnie, a on się pewnie jeszcze zdziwił nie widząc entuzjazmu u swej partnerki, która przecież niejednokrotnie powtarzała, że takowego gigantycznego ekranu nie chce. Kilka razy w życiu miałam ochotę już go zamordować i to był właśnie jeden z tych momentów.

Mechanizm u T. jest taki, że wiele rzeczy dzieje się dość przypadkowo. Impulsywnie znosi przedmioty do domu i umawia nas ze znajomymi. Nie wiem, dlaczego nie raczył mnie uprzedzić o nowym mebelku w domu. Bał się? Czego? Przecież nie opierdzieliłabym go za to jakoś spektakularnie. Kota jakoś upchnęliśmy. Więc, nie wiem na co on liczył nie mówiąc mi o tym..że nie zauważę jak to postawi?

Ciekawe, czym jeszcze postanowi mnie zaskoczyć. 


women

Nerw mnie trzepie i szukam sposobów na ulżenie sobie. Coś, ktoś słyszał o szybkich metodach? Absolutnie drażni mnie już dzisiaj wszystko. A najbardziej fakt, że nowo zatrudniona persona w mym dziale notorycznie jest na zwolnieniu lub wolnym, celem opieki nad dziecięciem. Jeśli już nawet znajdzie się w pracy to przygrucha sobie koleżankę z którą wchodzi w dwugodzinną polemikę o ząbkowaniu i kremach na rozstępy. I to nie jest tak, że wychodzę z pracy i spokój mam w tych tematach. Co to, to nie. Na osiedlu mam kilka sztuk ciężarnych lub młodych matek, które wykładnie przepisów prawa dostosowały do swojego stanu błogosławionego.

Dlatego dziś Drodzy Państwo chciałabym zająć się zjawiskiem pod tytułem PIELUSZKOWE ZAPALENIE MÓZGU. Tak, pojęcie to funkcjonuje i nie charakteru wyłącznie satyrycznego. Jestem świadoma, że za chwile może ruszyć w mym kierunku szereg sympatycznych Pań tudzież Panów, gdzie każdy z osobna urządzi mi monodramat do mojej macicy i braku celu w życiu.

Chciałabym też jasno podkreślić, że to o czym pisze, nie dotyczy WSZYSTKICH kobiet posiadających dzieci.  Bądźmy szczerzy - gdyby macierzyństwo nieodwołalnie wiązało się z przemianą w samobieżny inkubator to czy tyle osób by się na to decydowało? Macierzyństwo to nie jest nieodwracalne okaleczenie swojej osobowości. Głęboko w to wierze. Tym bardziej, że znam młode matki i ojców, którzy mimo nowo przypisanej roli nie utracili kontaktu z rzeczywistością i wciąż mają dystans do siebie i świata, poczucie humoru i otwarty umysł.

Dlaczego, więc niektóre Panie zachowują się, jakby było inaczej? Ich życie kończy się w momencie, gdy zaokrągli im się brzuch. Po narodzinach dziecka, ciężko usłyszeć od nich zdanie rozpoczynające się od "sądzę/wydaje mi się/uważam, że". W zamian pojawia się "a moje dziecko/moja córcia/posłuchajcie, co mój synek wczoraj wymyślił..no naprawdę". Niestety, w większości przypadków okazuje się, że wrzucił klocki to pełnego nocnika, albo pokazał, że jest głodny a ma przecież dopiero 10 miesięcy.
Instynkt macierzyński to zjawisko, budzące się w człowieku na okoliczność własnego potomstwa. I nie jest niczym dziwnym, że obce sobie dzieci traktuje się jak obcych ludzi, którym de facto są. Otóż okazuje się, że zwrócenie uwagi młodej matce lub przyszłej matce, że świat nie stanął w miejscu na okoliczność ich ciąży jest równoznaczne z tym, że EWIDENTNIE widać, że nie mam dziecka i pewnie ich nie lubię. Wyżej wskazane Panie myślą: urodziłam dziecko/zamierzam za chwile urodzić dziecko to teraz poproszę czerwony dywan, serpentyny, salwy oklasków, wybuchy entuzjazmu i niech świat mnie podziwia, wszyscy się mną zajmą i niech już zawsze będę w środku wszechświata, gdyż właśnie moje jestestwo zamierza wydać potomka. 

Dalszy etap rodzicielstwa wiąże się z tym, że ów Panie są święcie przekonane, że:
1. Ich dzieci powinny być w centrum wszystkiego, bo przecież są najpiękniejsze i najmądrzejsze
2. Ktoś, kto nie zachwyca się ich brzuchem czy dzieckiem gaworzącym w ich wózku jest zapewne osobnikiem nadto zazdrosnym i wrednym.
3.  To chyba oczywiste, że ciąża czy fakt bycia młodą matką usprawiedliwia wszystko, zawsze i w każdych okolicznościach a jeśli coś lub ktoś ma się dostosować to świat do nich.
Przykład z życia wzięty: koleżanka z pracy, przebywająca na macierzyńskim i odwiedzająca nas w zakładzie pracy uznała za szczyt chamstwa fakt, że miałaby założyć pieluszkę swemu dziecięciu, który miałby przebywać w jacuzzi pełnego ludzi. NO MA CZELNOŚĆ!

Albo...wpadająca koleżanka do pracy, celem przewinienia swojego najukochańszego dziecięcia na biureczku innej koleżanki - komu, no komu przeszkadzałaby słodka dupeńka tej najsłodszej rybeńki. Nie ważne, że w każdym momencie może wejść petent, przecież tylu jest kolegów i koleżanek chcących uczestniczyć w wyścigach aby móc ofiarować swe biurko i zaopiekować się tym dziubaskiem. Kto by go nie kochał?!

Nie wspomnę o wycieczkach lub wczasach w których uczestniczy przykładowo 6-miesięczne niemowlę. No coś CUDOWNEGO.

Mam cichą nadzieje, że nieszczęście w postaci gwałtownej przemiany mózgu w żelki Haribo przytrafia się tylko co n-tej kobiecie i mnie się nie przytrafi. Po cichu będę się o to modlić i palić w tej intencji świeczki.



the danish girl

Historia o zmianie i odnalezieniu się w nowej sytuacji. O poszukiwaniu tożsamości i próbie odnalezienia na odpowiedzi na pytanie co nas definiuje.