objectively not

Czasami najlepszym przyjacielem na beznadziejny wieczór szarego człowieka jest gala oskarowa. A zwłaszcza portale, redakcje i inne celebrytki komentujące stylistykę i kreacje z ów gali. Każdy rozpływał się nad ponoć fenomenalną suknią Cate Blanchett a jak dla mnie to wygląda jak przybysz z galaktyki Aldebarana. 

Dylemat mam czy przypadkiem kreacja Reese Witherspoon nie przebija jej o jakieś 6 lat świetlnych.

Rok był niewątpliwie łaskawy i obfitował w cuda. I tak na przykład, Keltie Knight w jakiś falbanach i zawijasach przypomina mi otomanę spowitą marszoną kapą. Widząc zdjęcie Mindy Kaling człowiek ma ochotę napisać jak najszybciej list, prosząc aby co wieczór robiła sobie takie zdjęcia to może spadnie odsetek depresji. Intrygująca była kreacja Dorith Mous, która ewidentnie wymyśliła sobie, że pierdzielnie największą ze wszystkich i wygląda jak księżniczka Mordoru. Nie wiem co myśleć o Daisy Ridley. To chyba miało mieć jeszcze jakąś część na dole lub w pasie. Sama nie wiem. Chwilowo ze wszystkich obejrzanych zdjęć Kelly Ripa najbardziej wpada w mój estetyczny gust. I nie przypomina parówki. 

Gala oskarowa powinna odbywać się co kwartał. Po całym dniu wrażeń i śnieżnym poniedziałku wybrałam się na własną galę. Prężę się dumnie w ciepłym ponczo i jeansach na kanapie popijając jakieś dziwne herbatki z krety na obniżenie cholesterolu. 

Uff.



2 komentarze :

  1. Gala Oskarowa nie wzbudza we mnie większych emocji, chyba, że mowa o strojach panów. Lubię oglądać panów w ładnych garniturach, smokingach i frakach. Czasami się trafi, jak ślepej kurze ziarno. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy nie oglądałam gali oscarowej ;) jakos mnie to.nie rajcuje ;)
    Za jakiś czas mój blog będzie zamknięty na zaproszenie jesli masz ochotę mnie czytać podaj email u mnie na blogu :)

    OdpowiedzUsuń

Po usłyszeniu sygnału..