30!

Prawie w ogóle nie sypiam w nocy. A to mi gorąco, a to nie wygodnie. Okoliczne koty szerzą bójki akurat w porze nocnej. A jeszcze jak T. wyjdzie na piwo to jeszcze dochodzą dźwięki, sugerujące oczywiście próby włamania. Tylko moje pieseły śpią jak kłody. Chociaż nie - kłody nie puszczają bąków o aromacie skoncentrowanego iperytu. W każdym razie o czwartej nocy dobudziło mnie dziecko, kopiąc mój brzuch na wszystkie strony i tańcząc radośnie "mama, szybko siusiu i najlepiej to śniadanie" i nie miałam wyjścia. 

Dwie godziny później prewencyjnie zrobiłam T. histerię, że jestem brzydka i stara. Bo nie dadzą człowiekowi zapomnieć, że się zestrzał. Od rana SMS-y, życzenia, szampan i dziwki (tzn. na chwilę obecną, jak mówią politycy, zamiast szampana i dziwek występuje gościnnie twarożek ze słonecznika, ale nie uprzedzajmy faktów).

W dodatku z całonocnych przemyśleń wyszło mi, że jestem gruba i cofam się w rozwoju osobistym. Zamiast wytyczać sobie ambitne życiowe cele, to przeglądam rankingi wózków, aspiratorów do nosa, żłopię sok pomarańczowy, oglądam seriale czytam książki o domu starców i ogólnie gniję intelektualnie.

Aha – jeszcze jedno przemyślenie – dlaczego w fast foodach typu KFC nie robi się warzyw w tej swojej czarodziejskiej panierce? Przecież jakby miało brokuły albo cukinię, to by więcej osób to jadło codziennie. Codziennie! Czyli w sumie może i dobrze, że nie robią, bo po miesiącu nie zmieściliby się nie tylko w dżinsy, ale i w drzwi.

I tym optymistycznym akcentem oddalam się egzystować z trzydziestką na karku i brzuchem z przodu. Buziaczki...